czwartek, 22 maja 2014

J.K. Rowling - "Trafny wybór"

Trudno otrząsnąć się po odniesieniu ogromnego sukcesu komercyjnego w dziedzinie literatury. Twórczość pisarza po zdobyciu przez niego sławy może dryfować w kierunku mozolnej kontynuacji dziejów postaci, które czytelnicy już znają i kochają. Nie jest to rozwiązanie pozbawione sensu, wszak w ten sposób autor pozostanie rozpoznawalny, a jego książki będą wciąż masowo czytane i kupowane. Jednak budzą się wątpliwości, czy w tym przypadku pisarz wciąż jest autentyczny, czy nadal interesuje go akt tworzenia sztuki. Większość autorów wybiera zakotwiczenie w porcie pielęgnowanym przez media, ale aby w nim pozostawać, trzeba znieść oskarżenia o wypalenie i inne zarzuty. Są również twórcy, którzy wybierają drogę "pod górkę". Oznacza to odcięcie się od poprzedniego wizerunku, próby stworzenia czegoś absolutnie różnego od swojej dotychczasowej twórczości. Często takie próby kończą się rozczarowaniem czytelnika, który ma uczucie, że pisanie przestało być dla autora przyjemnością. Wtedy można z czystym sumieniem stwierdzić, że pisarz umarł śmiercią naturalną. Istnieje jednak pewien odsetek autorów, którzy podołali wolcie stylistycznej. W przypadku J.K. Rowling ta operacja przynosi drobne poprawki w wizerunku autorki. Jej twarz nie będzie już kojarzona wyłącznie z przygodami nastoletniego czarodzieja. W jej oczach będzie można zauważyć zmysł obserwatora, troskę o ludzi. Nie zgasł w niej ten ogień, który rozpala chęć opowiadania, a Rowling ma do pisania niesamowity talent.

Kilka słów o zdaniach reklamujących książkę. Wydawca prezentuje "Trafny wybór" jako powieść dla dorosłych. Brzmi to trochę naiwnie. Taka reklama może być odebrana przez mniej dojrzałych potencjalnych czytelników jako sugestia, że chodzi o coś na kształt zakazanego owocu. Budzi wątpliwości, czy książka nie okaże się artystyczną wydmuszką, która nic nie wniesie do naszego życia (choćby na pół godziny). Oczywiście, zgadzam się, że na pewno nie jest to powieść dla młodzieży, ale nie powinno się jej w ten sposób reklamować.

Na półkach księgarni "Trafny wybór" wyróżnia się przede wszystkim okładką (wy. Znak, 2012). Jest niezwykle odpowiednia, bez zbędnych popisów graficznych. Przedstawiona na niej karta do głosowania ciąży nad bohaterami niczym widmo przeszłości, którą symbolizuje człowiek umierający w pierwszej scenie.

To właśnie zaskakująca śmierć jest punktem wyjścia całej powieści. Wydarzenia toczą się lawinowo, tak jakby w momencie tragicznego wypadku Barry'ego Fairbrothera pękł napęczniały pęcherz na skórze społeczeństwa Pagford. Fabuła rozwija się wolno, a to na skutek przytłaczającej liczby retrospekcji, wspomnień. Niektóre z nich są ciekawe, pokazują praprzyczyny obecnych nieporozumień. Podczas lektury odczuwa się brak błyskotliwych anegdot, które mogłyby trochę urozmaicić paletę emocji czytelnika. Ta paleta składa się z smutku, melancholii, poczucia bezradności. Niestety, zawodzi tempo akcji. Na skutek przytaczania wycinków przeszłości mamy wrażenie, że główny wątek stoi w miejscu, a wspomnienia bohaterów jeszcze zwiększają stagnację fabuły. Co ciekawe, autorka na ostatnich 80 stronach pokazała, że potrafi szybko łączyć wydarzenia i pchać historię do przodu.

Ogromną zaletą powieści, albo może powodem, dla którego warto ją przeczytać, są jej bohaterowie. Wszyscy, cała społeczność Pagford to żywi ludzie, świadomi swoich słabości, ograniczeń. Rowling zadbała o to, aby każdy był inny, lecz tak samo przekonujący. Z łatwością wyobrażamy sobie troglodycką szczękę Simona, nieudolność i wieczną bojaźliwość Colina, zadziorność Krystal i desperację Samanthy. Nie ma w "Trudnym wyborze" jednego pozytywnego bohatera, który swoim zachowaniem jest w stanie zmienić konserwatywne, zamknięte umysły mieszkańców. Ostatni sprawiedliwy ginie w tragicznym wypadku. Jego nazwisko - Fairbrother - też można odczytać jako manifest sprawiedliwości. Pagfordzka społeczność w obliczu tragedii nie jest w stanie zjednoczyć się, wszechobecne są podziały, a kością niezgody jest sprawa osiedla Fields i ośrodka pomocy narkomanom. Polityką kierują emocje, hipokryzja. Czy polski czytelnik odnajdzie się w tym świecie? Czy jest w stanie wyciągnąć coś z niego dla siebie, dla własnego otoczenia? Czy po przeczytaniu powieści zastanowi się nad problemami własnej lokalnej społeczności?

Autorka nie skupia się na opisie miasteczka, nie znajdziemy tutaj pocztówkowych krajobrazów lub rynku, w którym zbiera się większość mieszkańców i z uśmiechem na ustach udaje się na kawę. Wszyscy siedzą we własnych domach i tam myślą o otaczającym świecie. To dlatego ich obserwacje są pozbawione obiektywizmu. Brak tutaj wspólnoty, nawet na pogrzebie Barry'ego widoczna jest niechęć poszczególnych ludzi do siebie nawzajem. Rowling to baczna obserwatorka rzeczywistości. Karty jej powieści są matrycą, której można by użyć do scharakteryzowania innych miejscowości, jakich i w Polsce są tysiące. W tym świecie nie ma Boga, są jedynie bożki chciwości, do których modlą się bohaterowie, zasypiając samotnie w pustym łóżku lub samotnie przy odwróconym partnerze. Większość wydarzeń z powieści może być potraktowana jako zapiski z naszej codzienności. Czy każdy bohater jest skazany tylko na strach przed własną śmiercią? Czy może znajdzie się ktoś, kto zrzuci z wrzaskiem te kajdany moralnego niewolnictwa?

Co można powiedzieć o warsztacie Rowling? Język jest zaletą tej powieści Podkreśla autentyzm wydarzeń, bo przecież wypowiedzi mieszkańców ubogiej dzielnicy to wyłącznie przekleństwa i wyzwiska. Nie można pisać o takim środowisku w sposób poetycki. To mijałoby się z celem.

Mimo narastających konsekwencji tragicznych wydarzeń, bohaterowie nie potrafią zmienić własnego postępowania. Najsmutniejsze jest to, że są oni w stanie umrzeć, godząc się na emocjonalny marazm. "Trafny wybór" to idealna lektura, by poznać kierunek współczesnej literatury popularnej. Powieść nie jest pozbawiona minusów, lecz do nich można się przyzwyczaić, bo historia, która jest sensem lektury, autentycznie wciąga.

Stephen King - "Cujo"

Stephen King ma w swoim dorobku mnóstwo powieści, zbiorów krótkich nowel, miniatur. Jego twórczość oscylowała zawsze wokół strachu, zbiegów okoliczności, ludzkich zachowań. Można śmiało powiedzieć, że z każdego elementu codzienności pisarz jest w stanie uczynić zło wcielone. Przy takiej liczbie wydawanych książek, istnieje prawdopodobieństwo popadnięcia w zawodową rutynę. Chociaż sam King zarzeka się, że nigdy nie publikował dla pieniędzy, wielość kolejnych powieści dostępnych w sprzedaży nie napawa optymizmem co do ich jakości i estetycznej świeżości. Jak jest z „Cujo”?

„Cujo” King napisał w roku 1981. Największe jego dzieła – klasyka horroru we współczesnej prozie – powstały kilka lat wcześniej. Odniosły ogromny sukces komercyjny, mając przy tym wartość literacką. Stephena Kinga ochrzczono niekwestionowanym królem grozy. Niewielka objętościowo książka z hiszpańsko brzmiącym tytułem pozwalała żywić nadzieję, że tym razem czytelnik przeczyta o czymś innym, nie o małym miasteczku z mieszkańcami o wielkich ambicjach. Jednak akcja zaczyna się typowo. Najpierw garść cytatów, które wprowadzają w klimat powieści i sygnalizują problematykę. Autor prowadzi czytelnika za rękę, wchodzi z nim do dobrze znanego pokoju i pokazuje dobrze znany owoc, dbając pieczołowicie o detale. Gdy czytamy o Castle Rock (miasteczku, gdzie rozgrywa się akcja), nasze myśli tworzą obrazy dobre znane – przywołując najbliższe sąsiedztwo, może babciną wioskę. Szybko fikcję łączymy z realnością. Na tym polega magia warsztatu Kinga – nie mamy wrażenia, że obcujemy z czymś sztucznym, wyśnionym. Nawet elementy fantastyczne lub baśniowe szybko akceptujemy.

Bohaterowie są zwyczajni. Jednak znów mamy do czynienia z maską, jak w przypadku paru postaci z innych powieści tego pisarza. Kreacja jest mocno nacechowana analizą psychologiczną. To właśnie główny plus „Cujo”. Z każdą stroną przybywa kantów, rys, blizn na perfekcyjnym obliczu bohaterów, które tak nudziło przy pierwszym poznaniu. Dochodzi do głosu natura ludzka, która zostaje ukazana niemalże jako pierwiastek zwierzęcości – coś wyjętego z ram racjonalnego wytłumaczenia. Ludzkie reakcje na zło często noszą znamiona osobistych porachunków za krzywdy doznane w dzieciństwie.
Tytułowy Cujo to potężny bernardyn o spokojnym spojrzeniu. Wydaje się nawet ospały, leniwy, porusza się wręcz osowiale. Jednak przechodzi metamorfozę. Podczas szalonej gonitwy za królikiem pies zostaje ugryziony przez nietoperza. Jak łatwo się domyślić, nie było to zwykłe ukąszenie. Domownicy zauważają zmiany zachodzące w zachowaniu i wyglądzie wielkiego pupila, jednak nie reagują na nie w żaden sposób. Po kilku dniach poczciwy Cujo przeradza się w gigantyczną maszynę do zabijania. W szerszym kontekście bernardyn może być uznany za animizację pierwotnego zła, które istnieje w każdej istocie – człowieku, kocie, psie. Obojętność domowników sprzyja rozrostowi potęgi zła.

Czym są zajęci bohaterowie? Problemy w firmie, kruchość małżeństwa, chłodna atmosfera w domu, dorastanie dziecka, tyrania męża – to wszystko elementy składowe sytuacji, w której ludzkie życie staje się czymś na kształt wosku kapiącego ze świecy. Nie ma tutaj pozytywnego bohatera – wszyscy są skażeni wadami. Począwszy od zaawansowanej nadwagi, a kończąc na zaawansowanym alkoholizmie. Każda pomoc jest szybko udaremniana przez nieprawdopodobne zbiegi okoliczności.

Warto się zastanowić nad tymi przypadkami. Czasem możemy się jedynie uśmiechnąć (choć brzmi to groteskowo w zestawieniu z tragicznymi wypadkami bohaterów), gdy wszystko układa się po myśli psa. Po krótkiej analizie dochodzimy do wniosku, że wyglądają niedorzecznie i co najmniej kiczowato. Nie wymagam od horroru realizmu na miarę epokowej klasyki, ale skoro narrator uparcie przemyca mnóstwo nieistotnych szczegółów potęgujących wrażenie realności rozgrywających się wydarzeń, to warto się zastanowić, czy nie są one zbyt naciągane, a przez to zbyt fantastyczne? Wracając do samego psa, trzeba zganić Kinga, że tak rzadko przenosi nas do głowy zwierzęcia. Oczywiście, czasem pojawia się narracja z perspektywy Cuja, ale nie jest ona zbyt dopracowana i niewiele wnosi do akcji. Bernardyn został wykreowany jako bezrozumne zwierzę kierowane morderczym instynktem. Czy nie jest to zbytnie uproszczenie? I czy warto było w takim razie dołączać do tego wspomnienia o seryjnym mordercy z przeszłości? Trochę zbyt łatwo się w tym wszystkim zagubić, a przecież nie warto porzucać lektury przez takie drobiazgi. Zakończenie powieści wydaje się po prostu przyzwoite, choć nie doprowadza do katharsis. Jest dość wartościowe, bo całkiem dobrze demonstruje moc więzi matki z synem.

„Cujo” nie przynosi rozczarowania. Można potraktować go jako kolejną świeczkę wbitą w tort. Wygląda dobrze, choć mamy świadomość, że z każdym rokiem obcujemy z czymś podobnym. Warto się zastanowić, na ile to przyzwyczajenie do genialnego warsztatu pisarza, a na ile sama przyjemność obcowania z fabułą decyduje o tym, że King wciąż jest królem. Całe szczęście, że autor prezentuje wciąż dobry poziom, ponieważ nie widać innych kandydatów do tronu.


Stanisław Grochowiak - "Menuet z pogrzebaczem"

Stanisław Grochowiak kroczył własną ścieżką. Nie był doktrynalnym moralizatorem. Kojarzony jest przede wszystkim z rozwinięciem turpistycznej stylistyki w polskiej poezji. Powojenna liryka potrzebowała głębszego oddechu, by w końcu wyrwać się z socrealistycznych więzów. Turpizm jako nowatorska estetyka pozwalał właśnie na zbawienny dystans. Formalnie był to krok w tył (zalążki artystycznego prymitywizmu, zawadiackiej zadziorności i codziennego harmonogramu każdego człowieka), który okazał się ruchem niezbędnym, by poezja polska nabrała rozpędu. Poezja Grochowiaka jawi się jako okres przejściowy między formami zakorzenionymi w przeszłości a modernistycznym szychem.

Debiut literacki poety to „Ballada rycerska”, która nosi jeszcze znamiona niedojrzałości. Widać jednak potencjał ukryty w obskurnej, niekiedy nawet knajpianej stylistyce. Pozorna szorstkość zdradza nadwrażliwość Grochowiaka jako artysty. Zapatrzony w życiorysy francuskich poetów wyklętych, tworzył własną legendę.

Rok 1958 to wydanie tomiku „Menuet z pogrzebaczem”. Ten poetycki zbiór uważam za właściwy debiut autora na arenie artystycznej. Okazał się on tylko pojedynczym zrywem geniuszu, który w następnych latach przepadł. Nie wiadomo, jaki udział miała w tym postępująca choroba alkoholowa, a jaki - niestabilność wrażliwości Grochowiaka i brak konsekwencji stylistycznej.

Sztandarowym utworem jest „Rozmowa o poezji”. Utwór przypomina dialog. Pyta Dziewczyna, a odpowiada Poeta, którego można utożsamiać z samym Grochowiakiem. Starcie dwóch frakcji, dwóch poglądów. Turpistyczne wyrachowanie artysty, a po drugiej stronie coś, co można wiązać z neoklasycyzmem (przedstawionym nieco naiwnie i stereotypowo). Dziewczyna żongluje nieustannie porównaniami zaczerpniętymi z mitologii hellenistycznej. Świat antyczny, tak pielęgnowany przez bohaterkę liryczną, zostaje zrównany z ziemią przez okrutną codzienność, z której wyłonił się Poeta. Utwór jest kwintesencją elementów wybranych do uczestniczenia w tym lirycznym przedstawieniu – Grochowiak to perfekcjonista, nie toleruje przypadku. Dlatego jego konstrukcja jest wykładnią całego tomu. Zwięzłość i minimalizm środków poetyckich jeszcze bardziej zacierają granicę między sacrum a profanum poezji. Czytelnik odnajduje muzę w ciemnych piwnicach lub leżącą na bruku. „Rozmowa o poezji” ma jasną ścieżkę interpretacyjną – jest to manifest własnej twórczości.

Grochowiak nie odcina się od innych form sztuki i artystycznej ekspresji. „Rozmowa...” to dialog w sensie dosłownym, a „Płonąca żyrafa” jest polemiką z obrazem Salvadora Dalego. Dochodzi tutaj do inspiracji surrealistycznym, wyśnionym tworem. Nieco schizofreniczna atmosfera emanująca z płótna idealnie komponuje się z oszczędnością barw utworu lirycznego. U malarza dominantą była forma – zatarcie granicy między wyobraźnią a realizmem; u poety występuje nieco inne zjawisko – na pierwszy plan wysuwa się szok związany z przekazem, który wydaje się mało wyszukanym truizmem. Jednak ten „mało wyszukany truizm” przypomina krzyk kogoś, kto jest świadomy własnego położenia. Podmiot liryczny afirmuje śmiertelność. Pogodzenie się z faktem przemijalności wydaje się niezbędne, by przetrwać w świecie pełnym paradoksów. Liryczne „ja” zrywa z człowieczeństwa wszystkie pozory boskości, przewagi ewolucyjnej. Konkluzja jest prosta – jesteśmy mięsem. Wszystkie czynności życiowe są przepełnione biologizmem. Szybkie, urywane wersy, które przypominają potok myśli osoby niedbającej o wyszukany język, dowodzą autentyczności przekazu. Grochowiak stawia człowieka w jednym szeregu z obiektami z masarni i rzeźni, co pokazuje ten fragment: „(...) Kupować mięso Ćwiartować mięso Zabijać mięso Uwielbiać mięso Zapładniać Mięso Przeklinać mięso Nauczać mięso i grzebać mięso”*. Jak widać, przemijalność w poezji Grochowiaka jest czymś zgoła innym niż motyw vanitas w baroku.

Niekiedy poezja polskiego turpisty przybiera irytujące znamiona mało ambitnej kpiny. Wtedy podmiot liryczny zamienia się w stałego bywalca przydrożnych knajp, język i styl również ulegają metamorfozie. Przypominają się fragmenty poprzedniego tomu - „Ballada rycerska”. Nie należy tego odbierać jako rażącej wady, ale Grochowiak jawi się jako autor mało świadomy tego, jaką moc mają jego utwory pozbawione nachalnego charakteru piosenkowego. W „Burnsie” - którego bohater liryczny to słynny poeta szkocki Robert Burns (jego klasyczne „Amor vincit omnia” jest lekko wyśmiewane przez podmiot liryczny) - romantyczna spuścizna jest przedstawiona w lekko ironicznym tonie, choć ten zabieg został spotęgowany przez niefortunną infantylizację stylu i języka. Już tutaj pojawiają się motywy alkoholu, który skutecznie jest zestawiany z obecnością muzy i celem egzystencji. Inny wiersz, „Menuet”, po raz kolejny przypomina próbę poety, by zaistnieć jako bard. Próbę niekoniecznie udaną. Mamy tu charakterystyczne dla Grochowiaka motywy dance macabre, lecz są one podkoloryzowane. Przypomina to nachalne oswajanie ze śmiercią.

Zdecydowanie korzystniej Grochowiak jawi się jako cichy, nieśmiały adorator kobiecego piękna. Należy zauważyć, że wdzięk płci przeciwnej służy raczej jako liryczne tworzywo, które może być punktem wyjścia dla jakiejś innej myśli (niekoniecznie związanej z miłością w sensie dosłownym). Stosunek podmiotu lirycznego do kobiet jest fascynujący. Mężczyzna celowo umniejsza się, by pokazać hiperbolizowane oblicze ukochanej lub zwykłej nieznajomej. Wiele w tym szacunku, chłodnego analitycznego dystansu. Kobieta porównywana jest do monumentalnego pomnika, przy którym krząta się podmiot liryczny. Z pozycji klęczącej odkrywa nowe elementy wyglądu kobiecego i to właśnie jest najciekawszym doświadczeniem dla czytelnika. Wystarczy sobie wyobrazić zestawienie włosów i drutów, bieli i śmierci. Grochowiak przypisuje kolorom wybrane znaczenie, które nie jest stałe – zależy od kontekstu, co może wprowadzić niejaki zamęt przy próbie głębokiego wnikania w twórczość poetycką.

Czasem jakiś wycinek życiorysu może posłużyć za inspirację. Utwory zgromadzone w tym tomie są przepełnione nawiązaniami do biografii różnych osobistości - Kafki, Joanny d'Arc, George Sand (chociaż tutaj nie do końca dosłownie). Grochowiak nie jest, przy swojej niekiedy brutalności, obojętny na to, co rozgrywało się wokół niego. Wydarzenia w Budapeszcie w październiku 1956 odcisnęły mocne piętno na utworach pisanych w tym okresie („Listopad”, „Franz Kafka”, „Bajeczka”). Pogrom powstania spotęgował odczucie małości i tego, że jedyne, co nas konsoliduje jako ludzkość, są okrutne statystyki.

„Menuet z pogrzebaczem” jest zbiorem przełomowym w poezji polskiej. To fakt bezdyskusyjny. Zainspirował przyszłych poetów przeklętych – Bursę, Wojaczka, Stachurę. Bez tego tomu nie byłoby ich bezkompromisowości. Największą skazą tego tomu jest wspomniany wcześniej brak konsekwencji. Szkoda, że klasycyzm i grzeczność, wyśmiewane w utworze „Rozmowa o poezji”, stały się cechami dalszych tomów. Stanisław Grochowiak miał ogromny talent do łączenia brutalności z wrażliwością, mimo że zakrawa ono na paradoks. Jednak cały wiek XX to czas absurdu i paradoksu.


Molier - "Mieszczanin szlachcicem"

„Mieszczanin szlachcicem” to typowa komedia, ale z elementami baletu popularnego w czasach molierowskich. Efekt tego nieco zaskakującego połączenia wydaje się cokolwiek snobistyczny i przekoloryzowany – jednak należy pamiętać, że forma tej mieszczańskiej farsy idealnie współgra z komizmem bohaterów i ich postępowania.

Fabuła dotyczy spraw francuskich mieszczan i średniej szlachty – jest to częsty motyw dzieł Moliera. Tym razem na pierwszy plan wysuwa się postać niejakiego Pana Jourdaina, który usilnie pragnie zostać tytułowym szlachcicem. Owa szlacheckość ma objawiać się w umuzykalnieniu, roztańczeniu, sprawowaniu mecenatu nad prowincjonalnymi artystami, nauce fechtunku, wgłębianiu się w filozoficzne dysputy antycznych mędrców. Jak na komedię przystało, przypadki głównego bohatera to jedynie pretekst do ukazania problemu większości obywateli należących do wyższych sfer. Poczciwy Jourdain jest postacią komiczną, jednak możemy czuć do niego sympatię, bo przecież jego życiowa naiwność i nieporadność wydają się nierealne.
Przeciwwagę dla Pana Jourdaina wśród postaci dramatu stanowi jego żona – osoba niezwykle rozsądna, absolutne przeciwieństwo roztargnionego męża. To ona staje się główną przeszkodą w dalszym trwonieniu przez niego majątku rodziny. Jej heroiczny upór w podejmowaniu prób uspokojenia męża jest skazany na porażkę, bo Jourdain wydaje się konsekwentny w swoim szlacheckim zaślepieniu. Inne osoby komedii są równie charakterystyczne. Każda persona wnosi wiele do problematyki dramatu. Są wśród nich: odważna i zawadiacka służąca, dostojna markiza i chciwy hrabia. Wszystkie postaci składają się na satyryczną panoramę francuskiego społeczeństwa w XVII wieku.

Oczywiście, w tej komedii Molier nie tylko ośmiesza sztuczny i karykaturalny snobizm głównego bohatera, lecz także próbuje trzeźwiej osądzić rolę nauki w życiu człowieka. Wszyscy nauczyciele, mistrzowie fechtunku to złożone osobowości, które przy okazji udzielania lekcji próbują zdobyć względy ważnych i przede wszystkim bogatych osób. Swoistą kulminacją tej atmosfery napięcia między przedstawicielami różnych dziedzin wiedzy jest scena bijatyki poważanych i dostojnych nauczycieli.
Należy zwrócić uwagę, że to właśnie przywary ludzkie i komiczne nieporozumienia wywołują uśmiech na twarzy czytelnika. Występuje tutaj przeważnie komizm płynący z pewnych cech charakteru (typowy zabieg francuskiego komediopisarza), choć czasem można spotkać się z ciekawym komizmem językowym. Warto poświęcić kilka słów polskiemu tłumaczeniu, popełnionemu przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który idealnie oddał klimat komedii i wszystkie perełki humoru językowego.

Na wstępie zaznaczyłem, że występują w komedii elementy baletu. Niestety, czytelnik nie jest w stanie w pełni odczuć rozmachu pewnych tanecznych sekwencji ani muzycznych serenad z pasją wykonywanych przez żarliwych muzyków. Sens umieszczenia w utworze tych fragmentów objawi się dopiero na scenie, gdzie zostanie w pełni wykorzystany potencjał estetyczny utworu Moliera.

Czytając tę komedię, znów zadajemy sobie pytanie, czy XVII-wieczne dzieło może wytrzymać próbę czasu. W przypadku dramatów Moliera takie dywagacje nie mają sensu, ponieważ Francuz ostrzem satyry potraktował pewne typy zachowań ludzkich, a nie ówczesne mezalianse. Wszystkie ułomności bohaterów komedii są ponadczasowe i łatwo możemy doszukać się podobnych w naszych czasach. Wszak pragnienie osiągnięcia choćby namiastki władzy i tragiczne szukanie szacunku i przyjaźni są właściwe każdemu człowiekowi.