Pierwszy utwór na "Ultraviolence" rozbudza entuzjazm słuchacza. Trochę zaskakuje długość - prawie 7 minut. Gdyby ubrać ten kawałek w strukturę znaną z debiutu, otrzymalibyśmy kilka minut nużącego, lekko pretensjonalnego śpiewania. "Cruel World" ma duszę, która jakimś cudem uchowała się z lat siedemdziesiątych. Pobrzmiewają echa psych-folku. Lana bawi się założeniami tradycyjnej americany, a jej wokal w refrenie brzmi naprawdę rewelacyjnie. Piosenka nie ma zabójczego tempa, wszystko snuje się z klasą. Całą kompozycję spaja niezły wokal przypominający niemal bezbarwną mgiełkę nad łąkami wiosną.
Tytułowy utwór już tak samo nie zachwyca. Zastosowano podobny zabieg - melancholia tempa ma błyskawicznie wywrzeć jakieś emocje u odbiorcy. Niestety, tym razem nie poszło tak łatwo. Już drugi utwór cechuje się elementem nudy wynikającej z maniery Lany jako budowniczej piosenek. Powolność i pozorna melancholia przypominają sztuczne tricki powstałe z braku artystycznego polotu. "Ultraviolence" bazuje na utartych schematach muzycznych, odegranych bez życia, pasji i jakichkolwiek emocji. Może się wydawać, że prawie każdy utwór będzie kipiał od uczuć zatrzymanych w melodii lub w słowach, lecz od razu studzę entuzjazm - wszystko jest jakby pozorowane. Ładne, eleganckie i wytrawne z wierzchu, a troszkę puste i zgniłe w środku. "Shades of Cool" to kolejna, trzecia już, typowa ballada na płycie. Płynie niespiesznie. Gdyby przymknąć oczy, nasza wyobraźnia ujrzałaby obrazki będące absolutnym przeciwieństwem tego, co mogliśmy zobaczyć, obcując z "Born To Die". Mniej blichtru, trochę więcej patosu i nostalgicznego wpatrzenia się w przeszłość muzyki. Czuć bardzo klimat vintage. Krótkie szorty i koszule zostały zamienione na suknie krystalicznie białe. "Shades of Cool" zdradza fascynację klimatem znanym z osławionego już "Wielkiego Gatsby'ego" - niemal namacalna jest muzyczna bombastyczność, posługiwanie się klarownymi emocjami, które nie potrafią już same zaskakiwać. "Brooklyn Baby" w pewnych miejscach brzmi mocno eterycznie. Lekko orientalizujące wokalizy znów budzą prawdziwe emocje. Mniej pozoranctwa i chłodnego profesjonalizmu, więcej skromnego podśpiewywania w duchu bezpretensjonalnego i dziewczęcego "pampampam". "Brooklyn Baby", jak i następujący po nim "West Coast", przykuwają uwagę tym, co najważniejsze, czyli melodią - w obu przypadkach niezwykle urokliwą. Choć nie zapomniano o udziwnieniach, które lekko psują klimat tych utworów. Męski chór w "Brooklyn Baby" jest niepotrzebny. Możemy odczuć, że Lana zapragnęła umieścić jak najwięcej różnych, niesprawdzonych elementów, by pokazać swoją muzyczną dojrzałość oraz ewolucję z nieśmiałej dziewczyny w pewną siebie i zabójczo konsekwentną kobietę. "West Coast" o niebanalnej kompozycji przypomina nam o tym, czym się zachwycaliśmy przy okazji słuchania "Born To Die". Delikatne melodie niczym pajęcze nici, które ciężko wyrzucić z głowy. "Sad Girl" to kolejna ballada będąca kserokopią wszystkiego, co znamy i lubimy. Kompozycja o amorficznych ramach, w której wokal Lany sobie płynie, próbując znów kogoś nabrać na bycie kalką autorskich patentów. Niestety, większość momentów "Ultraviolence" brzmi jak odrzuty z sesji produkcyjnej. Sporo tutaj muzycznych bliźniaków, które zajmują podwójne miejsce na trackliście, lecz nic, absolutnie nic nie wnoszą do jakości albumu. Pięć ostatnich utworów to historia, o której trzeba zapomnieć. Nawet same piosenki pomogą nam w tym procesie. Ot, nudne i nieudane bazowanie na autorskich pomysłach, które w takich ilościach mogą zamęczyć odbiorcę. Nikła różnorodność to największa bolączka "Ultraviolence". Nie można nagrać album składającego się z niemal identycznych ballad, utworów o bardzo nieśmiałym tempie. "Pretty When You Cry" jeszcze potrafi się obronić, ponieważ kompozycja ta zmierza do punktu kulminacyjnego, czyli solówki gitarowej - absolutnego novum w twórczości Lany. "Money Power Glory" brzmi jakby pomysł na ten utwór rodził się w nieziemskich męczarniach. Takiej wymuszonej maniery już dawno nie słyszałem. Absolutnie do zapomnienia. Pozostałe utwory cechują się przede wszystkim tym, że po prostu są. Ich artystyczna egzystencja jest nieuzasadniona, brzmią bezpłciowo i prawie amatorsko. W pewnym momencie złapałem się na tym, że słucham jakiegoś fanowskiego "In Tribute". A to w żadnym stopniu nie działa na korzyść Lany Del Rey jako przede wszystkim wokalistki.
"Ultraviolence" rozczarowuje niemal na całej linii. Są utwory, które jakoś przykuwają uwagę na dłużej. Jeden kawałek jest rewelacyjny ("Cruel World"). Szkoda, że to, co dobre kończy się na kilku pierwszych kompozycjach. Druga część albumu do zapomnienia. Druga część to przecież autodestrukcja. Lana niestety nie zdała testu na dojrzałość. Zabrakło niewiele, ale nikt dojrzały nie umieści pięciu utworów brzmiących sztucznie i amatorsko. Komu jak komu, ale Lanie Del Rey nie wypada popełniać takich gaf. Niestety, znając życie, i tak znajdą się miliony, które po raz kolejny ulegną powabowi muzycznej nimfy. Ze stratą dla samych siebie.




