Ostatnia twórczość Polańskiego jest jak wytrawne wino dla koneserów. Długo trzymane z dala od producenckiego głównego nurtu, zachowało zbawczą wartość. "Wenus w futrze" to boska ambrozja, którą wykradziono z Olimpu. Dzięki Polańskiemu nawet zwykły śmiertelnik może upajać się tym artystycznym błogostanem. Choć najnowsze dzieło urodzonego w Paryżu reżysera zawiera symbolikę i nawiązania do sztuki, które mogą przytłoczyć widza oczekującego komedii w stylu chociażby "Rzezi" z 2011 roku.
"Wenus w futrze" w pełni korzysta z formuły "teatru w teatrze". Nowy film nakręcony przez autora "Chinatown" to niespieszna suita hołdująca tradycji. Struktura tego obrazu jest warstwowa. Pozornie obcujemy z komediodramatem z pełnymi pasji dialogami, subtelnym humorem i ironią. Jednak to tylko zewnętrzna powłoka tego dzieła ocierającego się o geniusz sztuki filmowej.
Punktem wyjścia jest starcie dwóch antagonistycznych postaci - kobiety i mężczyzny. Vanda i Thomas to ludzie z różnych sfer, z różnymi nawykami. Absolutnie nic ich nie jest w stanie połączyć. Komunikacja jest zaburzona, pełno zgrzytów wynikających z celowej ignorancji bądź braku obycia w problematyce sztuki. Thomasa poznajemy, gdy rozmawia z narzeczoną o nieudanej selekcji aktorek ubiegających się o główną rolę w sztuce "Wenus w futrze". Już przez ten krótki monolog, jesteśmy świadkiem brawurowej gry aktorskiej - pełnej pasji, zaangażowania i dystansu. Vandę poznajemy, gdy wbiega do teatru. Pierwszy kontrast zachodzi już na płaszczyźnie zewnętrzności. Reżyser to zadbany gentleman w średnim wieku, ubrany w schludną marynarkę i wyprasowane spodnie. Vanda to absolutne przeciwieństwo. Postać grana przez Emmanuelle Seigner ubrana jest w skórzany gorset, spódniczkę eksponującą kobiece kształty. Fabuła filmu Polańskiego opiera się na prostym zabiegu. Thomas rażony zniecierpliwieniem daje szansę zaprezentowania swoich możliwości aktorce. I to był impuls, który pozwala widzowi obserwować coś, co nie do końca jest już filmem - jest polem starcia podświadomości ze świadomością, wyobraźni z rozumem, faktów z stereotypami, kobiety z mężczyzną, moralności z seksualnością. Kanwą filmu jest bogata symbolika, która magnetyzuje odbiorcę - nie pozwala mu rozstać się z "Wenus w futrze", zmusza do aktywności umysłowej i poszukiwania odpowiedzi na pozornie proste pytania. Obraz Polańskiego wiele traci, gdy odbieramy go biernie.
Vanda i Thomas bawią się konwencją gry aktorskiej. Zamieniają się rolami, przybierają kolejne maski. Jednak należy zauważyć, że tylko kobieta zachowuje własną, jasno wyodrębnioną osobowość. W każdej postaci gra siebie. Każda postać jest podporządkowana przez zniewalający charakter Vandy. Thomas coraz bardziej pogrąża się w bezosobowości - traci podmiotowość w konfrontacji z wybujałym ego teatralnego adwersarza. Symbolem zmiany ról i tracenia własnej indywidualności jest ciągła zmiana ubrań. Reżyser przywdziewa stuletnią marynarkę, by jeszcze bardziej "wejść" w graną postać - dystyngowanego arystokratę, którego pasją są futra. Można zauważyć pewną zależność. Przebieranie się Thomasa to chaotyczne szukanie osobowości, która może stawić czoła seksualności i demonizmu płynącego z gestykulacji, aluzji i jednoznacznych deklaracji Vandy. Kobieta coraz bardziej staje się naga wobec mężczyzny. Metaforycznie i dosłownie. Seans "Wenus w futrze" to także kontemplacja kobiecego piękna w tradycyjnym wydaniu - bliżej do klasycyzmu lub renesansu niż do obfitych kształtów widniejących na płótnach Rubensa. Jednak wróćmy do metaforyki tej nagości. Nagość ciała to również nagość duszy. Vanda eksponuje swoją kobiecość, która w filmie Polańskiego jest kojarzona z czymś boskim, mistycznym. Postać grana przez Seigner ma swoje artystyczne korzenie w dwóch epokach: antyku i modernizmu. Psychika i osobowość Vandy przepełnione są kasandrycznym fatalizmem, dionizyjską płodnością, wampiryzmem oraz wyzwoleniem. Kreację kobiecą w "Wenus w futrze" można porównać z wizerunkiem Innego według psychoanalizy lacanowskiej. Pierwiastek kobiecy głęboko leży w podświadomości mężczyzny, który nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na tajemniczość i obcość kobiety. Stąd tragiczne szukanie indywidualnej logiki, która przysłuży się do poskromienia szaleńczej kobiecości. "Wenus w futrze" to odwrócenie ról. To kobieta zniewala, podporządkowuje pierwiastek męski, trwa we władczych roszczeniach. Vanda tworzy własną ideologię, której celem jest ukaranie narcystycznej osobowości reżysera odnoszącego się z pobożnością wobec własnej sztuki. Kobieta pragnie roztopić indywidualność Thomasa. Zezwala, by on zatracił własne życie, ulegając demonicznej seksualności, którą postać grana przez Seigner wręcz namacalnie emanuje. Erotyczne napięcie między Vandą a Thomasem (w tej roli świetny Mathieu Amalric) jest mocno wyczuwalne. To ono dyktuje warunki gry między rolami bohaterów. To ono powoduje, że reżyser staje się niewolnikiem, sługą wobec wampirycznej kobiety. Film Polańskiego to demaskacja jednej z fundamentalnych iluzji - przekonania, że mężczyzna i kobieta są odniesieni do siebie niczym dwie połówki zdolne do utworzenia harmonijnej jedności. Jednia między Vandą a Thomasem przypomina raczej masochistyczną pętlę zaciskającą się na szyi reżysera. "Wenus w futrze" to wysublimowany, złożony z nabożną czcią pokłon dla żony Polańskiego (Emmanulle Seigner), która jawi się jako pełna wewnętrznych dysonansów synteza kapłanki, pogańskiej bogini i femme fatale z czasów artystycznej moderny.
"Wenus w futrze" to nie tylko hołd fascynującej, destrukcyjnej i magnetyzującej kobiecości, lecz także subtelna tragedia mężczyzny rozpisana na dwie role. Nie dość, że Thomas traci niemal wszystko, ulegając własnym fantazmatom, to na dodatek jego artyzm został nadszarpnięty przez aktorkę, która nie boi wytknąć oczywistych potknięć w scenariuszu. Thomas niejako zakochuje się w postaci wymyślonej przez siebie. Nie przez przypadek występuje zbieżność imion aktorki i postaci w sztuce. Reżyser to uwspółcześniony król Cypru - mitologiczny Pigmalion, który stworzył z kości słoniowej posąg idealnej kobiety (Galatei) i zakochał się w nim. Współczesna psychologia interpretuje taką skłonność jako pilna potrzeba wykreowania obiektu seksualnego dla siebie, który pokornie zaspokoi estetyczne i erotyczne potrzeby twórców. Tragizm Thomasa polega na tym, że personifikacja literackiej Vandy zniewala twórcę. Reżyser jako mężczyzna po raz kolejny upada na dno własnej erotyki.
Można bawić się w interpretowanie jeszcze przez kilka godzin. Jednak prawdziwa przyjemność zachodzi wtedy, gdy sami dostrzegamy ulotność i piękno nawiązań Polańskiego. A wyżej wymienione motywy to tylko krople w morzu metaforyki, którą kontemplujemy podczas seansu "Wenus w futrze". Polański po raz kolejny skoncentrował się na teatralności, aby wyeksponować odwieczne skłonności człowieka do dominacji i zniewalania. Przy odpowiednim warsztacie aktorskim i reżyserskim, można stworzyć genialne dzieło. I taka jest "Wenus w futrze". Prawdziwa kobieta - zmienna, boska, dominująca, rozgadana i nie znosząca krytyki. Dlatego ja mam zamiar wychwalać futrzaną damę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz