1. Merkabah - Reed Idol
Kolejna perełka, która raczej nie ma szans, by się przebić przez twardą skorupę ignorancji. Merkabah to polska odpowiedź na zespoły pokroju Zu lub Minsk. Jednak polscy muzycy wprowadzili sporo pozytywnych udziwnień. Pozbyto się monotonnego wokalu, dodano masywne zwolnienia w stylu kapel sludge'owych. Czynnikiem, który wyróżnia płytę Merkabah, jest użycie rozwiązań znanych z awangardowego free-jazzu. Wymieszane zostały przy tym elementy gitarowego noise'u, post-hardcore'a. Całość przypomina nieco ostrzejsze wydanie King Crimson lub Johna Zorna. Szkoda, że tak mało osób zainteresuje się propozycją Merkabah. Takiej muzyki jeszcze u nas nie było. Choć monolit tego albumu przypomina tytułowego molocha, który osacza bezbronnego słuchacza. Hołd dla psychodelicznych improwizacji w industrialnym otoczeniu.
2. L.A.S. - Za lasem
Niebanalna propozycja wydana przez enigmatyczny projekt Jacka Lachowicza - osoby odpowiedzialnej za albumy Ścianki i Lenny Valentino. "Za lasem" to singiel promujący debiutancki album wydany na początku marca. Lachowicz z precyzją maluje muzyczne kolaże składające się z mikroelementów, które giną w szumie codziennych dźwięków. Utwór ten ma coś w sobie z analogowej elektroniki, ciepłego chillwave'u sygnowanego przez chociażby Toro y Moi. Mamy sporo pulsującego basu podlanego strukturą starych elektronicznych, "kraftwerkowych" piosenek. L.A.S. to projekt, który nikomu nie chce nic udowadniać. Ot, bezpretensjonalne, ulotne melodie będące idealne na leniwe lato.
3. Komety - Bal nadziei
Marzec obfitował w albumy, które były idealnym rozwiązaniem na ciepłe, niedzielne popołudnia. Bez żadnych ideologii, bez żadnych ambitnych uniesień. Proste, bezpretensjonalne granie pozbawione ambicji bycia czymś wiekopomnych. Właśnie taki jest nowy singiel wydany przez Komety. Raczej nie będziemy tego nucić przez kilka miesięcy, raczej nie będziemy rozpatrywać tego utworu w kategoriach piosenki roku. Ale muzyka serwowana przez Lesława i spółkę naprawdę odpręża, nie narzuca się, nie absorbuje uwagi. To jest oczywiście plusem - nikt tutaj nie udaje kogoś, kim wcale nie jest. "Bal nadziei" to chwytliwa kompozycja, która podlana jest sosem oldschoolowego rockabilly. Ci starsi podejdą do tego bardziej sentymentalnie, ci młodsi odkryją, że tańczyć można do każdej muzyki.
4. Patrick the Pan - Bubbles
Sprawa z PTP jest nieco bardziej skomplikowana. Formalnie rzecz ujmując, "Bubbles" nie jest rzeczą nową. To skąd miejsce w tym rankingu? Otóż wytwórnia Kayax postanowiła wydać reedycję debiutanckiego albumu Piotra Madeja. "Bubbles" brzmi mocno zachodnio. Zaś sam Piotr przypomina nieśmiałego chłopaka, który po cichu tworzy własne utwory gdzieś na stryszku domu rodziców. Singiel ten mocno zalatuje islandzkimi melodiami, które rozwiewają się na mroźnym, północnym wietrze. Zaletą jest fakt, iż Patrick the Pan brzmi mocno po europejsku. Czasem Piotr pozwoli sobie na drobną archaizację - folk z lat 70'. Wszystko brzmi bardzo profesjonalnie i autentycznie jak na debiutancki materiał. Kolejny punkt na niebie, który warto obserwować.
5. The Kurws - Strefa Euro
"Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu" - tak brzmi tytuł nowego albumu wydanego przez załogę nazwaną The Kurws. Ok, oczekiwałem jakiegoś absolutnie obskurnego, niemodnego i niemelodyjnego punk rocka. Pomyliłem się. The Kurws krążą po orbicie muzycznej awangardy. Sporo tutaj math-rocka, czyli dźwięków, które spotkają się ze spazmatycznym przyjęciem matematyków ogarniających rytmiczne dysonanse w różnych skalach. Struktura utworów jest bardzo złożona - nieszablonowość to drugie imię kapeli. "Strefa Euro" czy "Tasiemiec Niejadek" to dźwiękowe podróże, które przenoszą wprawionych słuchaczy do czasów, gdzie winyle krautrockowych bandów były przedmiotem zbiorowego kultu. Słychać inspiracje klasycznymi albumami Can. Dla fanów basu to rzecz absolutnie obowiązkowa - pulsuje, dyktuje harmonie, obala melodie. Wróżę karierę temu zespołowi, który powstał podczas spontanicznej sesji gry w ping-ponga.
6. Kriegsmaschine - Lies of the Fathers
Gdyby zorganizować konkurs, w którym należy podać kilka słów-kluczy kojarzących się z tym utworem, mógłbym przewidzieć najpopularniejsze hasła. Mizantropia. Smród. Palone ciała. To nie jest przesada, która na zwiększyć sprzedaż nowego wydawnictwa tej krakowskiej hordy. Porzucono surowość, z której słynęły debiutanckie epki i długograje. Podążono za nowoczesnymi trendami. Cała nihilistyczna otoczka, która towarzyszy zespołowi została zapakowana w nieco bardziej ambitniejsze ramy. Dumnie snujące się riffy, potężnie brzmiące bębny i oszczędność blastów. To jest przepis na udany utwór. Mimo długości, nie czuć znużenia. Wszystko jest na swoim miejscu - nie ma zbędnych popisów technicznych bądź wstawek mających potęgować wrażenie osaczenia przez muzyczny mrok. "Lies of the Fathers" to polska odpowiedź na albumy wydawane przez Deathspell Omega. Ten sam minimalizm, perfekcjonizm i tytanizm.
7. Innercity Ensemble - White 1
Innercity Ensemble to międzymiastowy kolektyw, który tworzą starzy wyjadacze na scenie ambientowej w Polsce. Trzecia płyta w ich enigmatycznej dyskografii nazywa się "II". Tytuł zdradza tyle, co nic. Możemy się domyślać, że czeka nas ekstatyczna podróż w tajemnicze nieznane. "White 1" to rzecz z pogranicza transowego ambientu i free-jazzowej improwizacji. Granice między efemerycznymi melodiami, rytmami są tak bardzo płynne, że nic nam nie pozostaje oprócz chłonięcia tych ścieżek dźwiękowych całą osobą. Czasem elektronika ustępuje miejsca etnicznej rytmice i folkowej strukturze kompozycji. Słychać inspiracje noise'm, echa drone'u i innych mocno pasażowych technik muzycznych. Kuba Ziołek roztacza przed odbiorcą cudne krajobrazy - lekko niepokojące, lecz urzekające surowym pięknem. Eksploracja muzyki Innsercity Ensemble sprawiała mi podobną radość, co obcowanie z klasycznymi dokonaniami Bohren & the Club of Gore. Trudno o lepszą rekomendację. Absolutny mus dla fanów ambitnej symbiozy plemienności z ambientem.
Wstyd, aby w czasach bezproblemowej weryfikacji informacji wypisywać dyrdymały i pisać, że Innercity Ensemble to toruński kolektyw. IE to ansambl bydgosko-toruńsko-poznański, a od jakiegoś czasu bydgosko-toruńsko-poznańsko-warszawski. Z Torunia pochodzi jedynie dwóch z 7 członków zespołu.
OdpowiedzUsuńZorientowany