poniedziałek, 16 czerwca 2014

Lana Del Rey - "Ultraviolence"

"Ultraviolence" to jedna z najważniejszych płyt tego roku. To było wiadome po premierze debiutanckiego krążka. Drugi album zawsze jest testem na dojrzałość muzyka. No i rozwianiem wszelkich wątpliwości, co do ulotności talentu artysty. "Born To Die" nie zawierał nowatorskiej, przełomowej muzyki, która wyznaczyła nowe trendy w dźwiękowym światku. A jednak był wydarzeniem. Niektórzy twierdzą, że nawet Wydarzeniem - czymś, co mocno przyczepiło się do etykietki geniuszu. Fenomen Lany opierał się na otoczce, stylu prowadzenia swojej kariery i pewnej dozy świeżości. Piosenkarka przyodziała się w przewiewne szaty królowej popu stojącego w ustawicznym rozkroku między komercyjnymi hitami, a przebojową alternatywą. Artystka konsekwentnie tkwi w tej muzycznej dychotomii. "Born To Die" to nieśmiała próba rewolucji w świecie pop. Postawiono na kobiecość pozbawioną sztuczności. Postawiono na lekko efemeryczną stylistykę femme fatale. Postawiono na maskę wampa. Wszystko w oparach subtelnych melodii dochodzących jakby z oddali. Na pierwszym planie jest kontrowersyjny wokal - czasem używany z nieznośną manierą, czasem autentycznie namiętny. "Born To Die" zawierał typowe hity tagowane jako radio-friendly. Jasny podział na refren i zwrotkę, w porywach subtelny mostek. To oczywiście sprawiło, że album okazał się niesamowicie przystępny niemalże dla każdego audiofila. Dla czcicieli dobrej melodii, dla osób poszukujących stylu, dla eskapistów z tonącego okrętu muzyki popularnej granej przez przebrzmiałe gwiazdki MTV. Taki był zjawiskowy debiut. Lana bez ceregieli wdrapała się na szczyt muzyki XXI wieku. Swoją popularnością i manierą zdobyła miliony fanów na całym świecie. Również tylu wrogów. Przecież trzeba odznaczać się nadzwyczajną ignorancją, jeśli nie wychwyciło się tych wszystkich sprytnych chwytów znanych z dokonań Nirvany, Presleya i innych klasyków amerykańskiej tradycji. Najsłabsze momenty z debiutu przypominały marne popłuczyny inspirowane twórczością Kate Bush czy Tori Amos. "Born To Die" to album pełen paradoksów. Sporo brakuje mu do ideału, lecz wytworzył pewną tendencję w nowoczesnym popie pełnym tęsknoty za czasami młodości nieskażonej wszędobylską elektroniką i komercją. Dlatego poprzeczka została wysoko zawieszona. Już kilka dni po premierze debiutu krytycy z zapałem czekali na kolejne wydawnictwo mające rozwiać wątpliwości, czy Lana zasługuje na miejsce w historii i panteonie bogiń muzyki popularnej.
Pierwszy utwór na "Ultraviolence" rozbudza entuzjazm słuchacza. Trochę zaskakuje długość - prawie 7 minut. Gdyby ubrać ten kawałek w strukturę znaną z debiutu, otrzymalibyśmy kilka minut nużącego, lekko pretensjonalnego śpiewania. "Cruel World" ma duszę, która jakimś cudem uchowała się z lat siedemdziesiątych. Pobrzmiewają echa psych-folku. Lana bawi się założeniami tradycyjnej americany, a jej wokal w refrenie brzmi naprawdę rewelacyjnie. Piosenka nie ma zabójczego tempa, wszystko snuje się z klasą. Całą kompozycję spaja niezły wokal przypominający niemal bezbarwną mgiełkę nad łąkami wiosną.
Tytułowy utwór już tak samo nie zachwyca. Zastosowano podobny zabieg - melancholia tempa ma błyskawicznie wywrzeć jakieś emocje u odbiorcy. Niestety, tym razem nie poszło tak łatwo. Już drugi utwór cechuje się elementem nudy wynikającej z maniery Lany jako budowniczej piosenek. Powolność i pozorna melancholia przypominają sztuczne tricki powstałe z braku artystycznego polotu. "Ultraviolence" bazuje na utartych schematach muzycznych, odegranych bez życia, pasji i jakichkolwiek emocji. Może się wydawać, że prawie każdy utwór będzie kipiał od uczuć zatrzymanych w melodii lub w słowach, lecz od razu studzę entuzjazm - wszystko jest jakby pozorowane. Ładne, eleganckie i wytrawne z wierzchu, a troszkę puste i zgniłe w środku. "Shades of Cool" to kolejna, trzecia już, typowa ballada na płycie. Płynie niespiesznie. Gdyby przymknąć oczy, nasza wyobraźnia ujrzałaby obrazki będące absolutnym przeciwieństwem tego, co mogliśmy zobaczyć, obcując z "Born To Die". Mniej blichtru, trochę więcej patosu i nostalgicznego wpatrzenia się w przeszłość muzyki. Czuć bardzo klimat vintage. Krótkie szorty i koszule zostały zamienione na suknie krystalicznie białe. "Shades of Cool" zdradza fascynację klimatem znanym z osławionego już "Wielkiego Gatsby'ego" - niemal namacalna jest muzyczna bombastyczność, posługiwanie się klarownymi emocjami, które nie potrafią już same zaskakiwać. "Brooklyn Baby" w pewnych miejscach brzmi mocno eterycznie. Lekko orientalizujące wokalizy znów budzą prawdziwe emocje. Mniej pozoranctwa i chłodnego profesjonalizmu, więcej skromnego podśpiewywania w duchu bezpretensjonalnego i dziewczęcego "pampampam". "Brooklyn Baby", jak i następujący po nim "West Coast", przykuwają uwagę tym, co najważniejsze, czyli melodią - w obu przypadkach niezwykle urokliwą. Choć nie zapomniano o udziwnieniach, które lekko psują klimat tych utworów. Męski chór w "Brooklyn Baby" jest niepotrzebny. Możemy odczuć, że Lana zapragnęła umieścić jak najwięcej różnych, niesprawdzonych elementów, by pokazać swoją muzyczną dojrzałość oraz ewolucję z nieśmiałej dziewczyny w pewną siebie i zabójczo konsekwentną kobietę. "West Coast" o niebanalnej kompozycji przypomina nam o tym, czym się zachwycaliśmy przy okazji słuchania "Born To Die". Delikatne melodie niczym pajęcze nici, które ciężko wyrzucić z głowy. "Sad Girl" to kolejna ballada będąca kserokopią wszystkiego, co znamy i lubimy. Kompozycja o amorficznych ramach, w której wokal Lany sobie płynie, próbując znów kogoś nabrać na bycie kalką autorskich patentów. Niestety, większość momentów "Ultraviolence" brzmi jak odrzuty z sesji produkcyjnej. Sporo tutaj muzycznych bliźniaków, które zajmują podwójne miejsce na trackliście, lecz nic, absolutnie nic nie wnoszą do jakości albumu. Pięć ostatnich utworów to historia, o której trzeba zapomnieć. Nawet same piosenki pomogą nam w tym procesie. Ot, nudne i nieudane bazowanie na autorskich pomysłach, które w takich ilościach mogą zamęczyć odbiorcę. Nikła różnorodność to największa bolączka "Ultraviolence". Nie można nagrać album składającego się z niemal identycznych ballad, utworów o bardzo nieśmiałym tempie. "Pretty When You Cry" jeszcze potrafi się obronić, ponieważ kompozycja ta zmierza do punktu kulminacyjnego, czyli solówki gitarowej - absolutnego novum w twórczości Lany. "Money Power Glory" brzmi jakby pomysł na ten utwór rodził się w nieziemskich męczarniach. Takiej wymuszonej maniery już dawno nie słyszałem. Absolutnie do zapomnienia. Pozostałe utwory cechują się przede wszystkim tym, że po prostu są. Ich artystyczna egzystencja jest nieuzasadniona, brzmią bezpłciowo i prawie amatorsko. W pewnym momencie złapałem się na tym, że słucham jakiegoś fanowskiego "In Tribute". A to w żadnym stopniu nie działa na korzyść Lany Del Rey jako przede wszystkim wokalistki.
"Ultraviolence" rozczarowuje niemal na całej linii. Są utwory, które jakoś przykuwają uwagę na dłużej. Jeden kawałek jest rewelacyjny ("Cruel World"). Szkoda, że to, co dobre kończy się na kilku pierwszych kompozycjach. Druga część albumu do zapomnienia. Druga część to przecież autodestrukcja. Lana niestety nie zdała testu na dojrzałość. Zabrakło niewiele, ale nikt dojrzały nie umieści pięciu utworów brzmiących sztucznie i amatorsko. Komu jak komu, ale Lanie Del Rey nie wypada popełniać takich gaf. Niestety, znając życie, i tak znajdą się miliony, które po raz kolejny ulegną powabowi muzycznej nimfy. Ze stratą dla samych siebie.





piątek, 13 czerwca 2014

TerazPolska, czyli dźwięki w kraju Wisły, czyli połowa 2014 za nami - część 2

1. Merkabah - Reed Idol


Kolejna perełka, która raczej nie ma szans, by się przebić przez twardą skorupę ignorancji. Merkabah to polska odpowiedź na zespoły pokroju Zu lub Minsk. Jednak polscy muzycy wprowadzili sporo pozytywnych udziwnień. Pozbyto się monotonnego wokalu, dodano masywne zwolnienia w stylu kapel sludge'owych. Czynnikiem, który wyróżnia płytę Merkabah, jest użycie rozwiązań znanych z awangardowego free-jazzu. Wymieszane zostały przy tym elementy gitarowego noise'u, post-hardcore'a. Całość przypomina nieco ostrzejsze wydanie King Crimson lub Johna Zorna. Szkoda, że tak mało osób zainteresuje się propozycją Merkabah. Takiej muzyki jeszcze u nas nie było. Choć monolit tego albumu przypomina tytułowego molocha, który osacza bezbronnego słuchacza. Hołd dla psychodelicznych improwizacji w industrialnym otoczeniu. 

2. L.A.S. - Za lasem



Niebanalna propozycja wydana przez enigmatyczny projekt Jacka Lachowicza - osoby odpowiedzialnej za albumy Ścianki i Lenny Valentino. "Za lasem" to singiel promujący debiutancki album wydany na początku marca. Lachowicz z precyzją maluje muzyczne kolaże składające się z mikroelementów, które giną w szumie codziennych dźwięków. Utwór ten ma coś w sobie z analogowej elektroniki, ciepłego chillwave'u sygnowanego przez chociażby Toro y Moi. Mamy sporo pulsującego basu podlanego strukturą starych elektronicznych, "kraftwerkowych" piosenek. L.A.S. to projekt, który nikomu nie chce nic udowadniać. Ot, bezpretensjonalne, ulotne melodie będące idealne na leniwe lato. 

3. Komety - Bal nadziei



Marzec obfitował w albumy, które były idealnym rozwiązaniem na ciepłe, niedzielne popołudnia. Bez żadnych ideologii, bez żadnych ambitnych uniesień. Proste, bezpretensjonalne granie pozbawione ambicji bycia czymś wiekopomnych. Właśnie taki jest nowy singiel wydany przez Komety. Raczej nie będziemy tego nucić przez kilka miesięcy, raczej nie będziemy rozpatrywać tego utworu w kategoriach piosenki roku. Ale muzyka serwowana przez Lesława i spółkę naprawdę odpręża, nie narzuca się, nie absorbuje uwagi. To jest oczywiście plusem - nikt tutaj nie udaje kogoś, kim wcale nie jest. "Bal nadziei" to chwytliwa kompozycja, która podlana jest sosem oldschoolowego rockabilly. Ci starsi podejdą do tego bardziej sentymentalnie, ci młodsi odkryją, że tańczyć można do każdej muzyki. 

4. Patrick the Pan - Bubbles



Sprawa z PTP jest nieco bardziej skomplikowana. Formalnie rzecz ujmując, "Bubbles" nie jest rzeczą nową. To skąd miejsce w tym rankingu? Otóż wytwórnia Kayax postanowiła wydać reedycję debiutanckiego albumu Piotra Madeja. "Bubbles" brzmi mocno zachodnio. Zaś sam Piotr przypomina nieśmiałego chłopaka, który po cichu tworzy własne utwory gdzieś na stryszku domu rodziców. Singiel ten mocno zalatuje islandzkimi melodiami, które rozwiewają się na mroźnym, północnym wietrze. Zaletą jest fakt, iż Patrick the Pan brzmi mocno po europejsku. Czasem Piotr pozwoli sobie na drobną archaizację - folk z lat 70'. Wszystko brzmi bardzo profesjonalnie i autentycznie jak na debiutancki materiał. Kolejny punkt na niebie, który warto obserwować.

5. The Kurws - Strefa Euro


"Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu" - tak brzmi tytuł nowego albumu wydanego przez załogę nazwaną The Kurws. Ok, oczekiwałem jakiegoś absolutnie obskurnego, niemodnego i niemelodyjnego punk rocka. Pomyliłem się. The Kurws krążą po orbicie muzycznej awangardy. Sporo tutaj math-rocka, czyli dźwięków, które spotkają się ze spazmatycznym przyjęciem matematyków ogarniających rytmiczne dysonanse w różnych skalach. Struktura utworów jest bardzo złożona - nieszablonowość to drugie imię kapeli. "Strefa Euro" czy "Tasiemiec Niejadek" to dźwiękowe podróże, które przenoszą wprawionych słuchaczy do czasów, gdzie winyle krautrockowych bandów były przedmiotem zbiorowego kultu. Słychać inspiracje klasycznymi albumami Can. Dla fanów basu to rzecz absolutnie obowiązkowa - pulsuje, dyktuje harmonie, obala melodie. Wróżę karierę temu zespołowi, który powstał podczas spontanicznej sesji gry w ping-ponga. 

6. Kriegsmaschine - Lies of the Fathers


Gdyby zorganizować konkurs, w którym należy podać kilka słów-kluczy kojarzących się z tym utworem, mógłbym przewidzieć najpopularniejsze hasła. Mizantropia. Smród. Palone ciała. To nie jest przesada, która na zwiększyć sprzedaż nowego wydawnictwa tej krakowskiej hordy. Porzucono surowość, z której słynęły debiutanckie epki i długograje. Podążono za nowoczesnymi trendami. Cała nihilistyczna otoczka, która towarzyszy zespołowi została zapakowana w nieco bardziej ambitniejsze ramy. Dumnie snujące się riffy, potężnie brzmiące bębny i oszczędność blastów. To jest przepis na udany utwór. Mimo długości, nie czuć znużenia. Wszystko jest na swoim miejscu - nie ma zbędnych popisów technicznych bądź wstawek mających potęgować wrażenie osaczenia przez muzyczny mrok. "Lies of the Fathers" to polska odpowiedź na albumy wydawane przez Deathspell Omega. Ten sam minimalizm, perfekcjonizm i tytanizm. 

7. Innercity Ensemble - White 1



Innercity Ensemble to międzymiastowy  kolektyw, który tworzą starzy wyjadacze na scenie ambientowej w Polsce. Trzecia płyta w ich enigmatycznej dyskografii nazywa się "II". Tytuł zdradza tyle, co nic. Możemy się domyślać, że czeka nas ekstatyczna podróż w tajemnicze nieznane. "White 1" to rzecz z pogranicza transowego ambientu i free-jazzowej improwizacji. Granice między efemerycznymi melodiami, rytmami są tak bardzo płynne, że nic nam nie pozostaje oprócz chłonięcia tych ścieżek dźwiękowych całą osobą. Czasem elektronika ustępuje miejsca etnicznej rytmice i folkowej strukturze kompozycji. Słychać inspiracje noise'm, echa drone'u i innych mocno pasażowych technik muzycznych. Kuba Ziołek roztacza przed odbiorcą cudne krajobrazy - lekko niepokojące, lecz urzekające surowym pięknem. Eksploracja muzyki Innsercity Ensemble sprawiała mi podobną radość, co obcowanie z klasycznymi dokonaniami Bohren & the Club of Gore. Trudno o lepszą rekomendację. Absolutny mus dla fanów ambitnej symbiozy plemienności z ambientem. 






czwartek, 12 czerwca 2014

TerazPolska, czyli dźwięki w kraju Wisły, czyli połowa 2014 za nami - część 1

Czerwiec. Statystycy przekonują, że to idealna pora na różnorakie rankingi. Połowa 2014 roku powoli mija. Czas debiutów, czas syndromów trzeciej płyty i innych wydarzeń różnego kalibru. Na co warto zwrócić uwagę? Za kogo należy trzymać kciuki? Kolejność oczywiście przypadkowa. Oto część pierwsza.


1. KRÓL - Szczenię 


No cóż. Balonik o nazwie tej królewskiej nazwie nieznośnie urósł do rozmiarów monumentalnego zeppelina. Gdy odrzucimy całą marketingową otoczkę, otrzymamy esencję, która po omacku podąża za zachodnimi trendami. Ten singiel to polska odpowiedź na dream pop z okolic Beach House. Wszystko okraszone elementami lo-fi, ambientową elektroniką przypominającą o macierzystym zespole Króla. Sporo tu także poszukującego, rojkowatego marzycielstwa z tych mniej znanych oblicz Myslovitz. Nowatorstwo zostało zastąpione dobrym wykonaniem i nutką nadwarciańskiej melancholii. 

2. Pablopavo i Ludziki - Dancingowa Piosenka Miłosna


Nowa płyta Pablopavo miała swoją premierę pod koniec stycznia. Za oknem mróz. W głośnikach także chłód. Niby piosenka o miłości, niby o uczuciach, niby o czymś miłym, ale nad wszystkim dominuje wrażenie ogromnego zdystansowania się. Śpiew bez pasji, jakby od niechcenia. To nie zarzut, lecz zwrócenie uwagi na specyfikę muzyki tworzonej przez Pawła Sołtysa. Singiel ten eksploruje dancingowe tereny znane z nowszych dokonań Macieja Maleńczuka. Nawet barwa głosu zbliżona do naczelnego barda Rzeczpospolitej. Sama rytmika, melodia bardzo przyjemnie buja. Brawa również za tekst - bez sentymentalizmów, bez głębokich wyznań. Mimo dystansu wokalisty, kompozycja ta potrafi porwać nawet najbardziej najtwardszych przeciwników tańca. 

3. Artur Rojek - Beksa


Ostatnimi czasy głośno było o zespole Myslovitz. Pożegnania, nowości, nietrafione rozwiązania. W tym wszystkim brakowało charyzmatycznej postaci Artura Rojka. Solowa twórczość i organizacja festiwalu - tym obecnie zajmuje się nasz polski Thom Yorke. W lutym mogliśmy usłyszeć singiel z solowej płyty pana Artura. "Beksa" to subtelne, delikatne, efemeryczne rozliczenie z przeszłością, z własnym sobą. Utwór ten nie nuży, nie narzuca się słuchaczowi. To kawałek, który lubi być odkrywany w nieoczywisty sposób. Pod płaszczykiem muzycznej oszczędności, kryje się przebogaty zestaw ulotnych melodii i zagrywek instrumentalnych. Tekst również mocno typowy dla Rojka - bez zbędnego storytellingu, bez zbędnych wersów. "Beksa" to coś z okolic Mozila i Roguckiego. Mimo drobiazgowych podobieństw, została zachowana muzyczna odrębność. 

4. Skubas - Nie mam dla ciebie miłości


Pretendent do piosenki roku w naszym muzycznie oszczędnym kraju. Największa anty-ballada Rzeczpospolitej? Bez cienia wątpliwości, Skubas wyrasta na czołową postać polskiej sceny muzycznej. Po świetnym debiucie - "Wilczełyko", fani drżeli o formę muzyka. Ten czterominutowy zwiastun nowej płyty rozwiewa wszelkie wątpliwości. Skubas tworzy nową jakość. Połączenie liryzmu z polską szorstkością. Symbioza urzekającej bezpośredniości bez cienia sztampowości i koturnowości z post-grunge'owym zapałem gitarowym. A wszystko to kończy masywna ściana dźwięku znana z okolic shoegaze'u. Brzmienie jest autentyczne, bez grama sztuczności. Wypada się przy tym utworze wzruszyć. Jest prawdziwy, co słychać nawet w sąsiednim pokoju. 

5. Pustki - Po omacku

   

Nowa płyta zespołu Pustki to jedno z największych rozczarowań muzycznych 2014 roku. "Safari" to próba radykalnego zerwania z dotychczasowym wizerunkiem. Porzucono liryczną, poetycką melancholię. Zostawiono naszych kochanych wierszokletów. Niestety, przy tym wszystkim utracono pasję, autentyzm i skłonność do pisania zgrabnych melodii. Praktycznie cała płyta balansuje między nieznośnym infantylizmem a brakiem chwytliwości. Ciężko zapamiętać coś na dłużej. Jedynym plusem jest utwór "Po omacku" - delikatna ballada zaśpiewana przyjemnym męskim wokalem. Dojrzałość tekstowa łączy się z minimalizmem muzycznym. Kawałek ten pozbawiony jest sztucznego entuzjazmu, który wyłaniał się ze struktury poprzednich piosenek. Szkoda, że Pustki zawiodły. Dobrze, że zostawili nam jeden bardzo przyjemny utwór. Chociaż tyle. 

6. Behemoth - O Father, O Satan, O Sun!


Tytan. Hegemon. Demiurg. Każde określenie pasuje do nowego oblicza Behemotha. Ekipa Nergala to najbardziej profesjonalny i konsekwentny zespół w Polsce. Możemy się wstydzić, że wciąż interpretujemy postać Darskiego jako demoniczna pacynka w rękach establishmentu. Nowy album jest tytaniczny, nie daje wytchnienia. Łamie rytmikę, zwalnia, by błyskawicznie przyspieszyć. Pulsujący bas tworzy niezbadane ścieżki. Dlaczego akurat ten siedmiominutowy utwór wybrałem do tego rankingu? Otóż pokazuje wszystko to, z czego słynie Behemoth na światową skalę. Monumentalność, epickość, pasja, muzyczna i literacka erudycja, krystaliczność produkcji oraz przeogromna wirtuozeria. Ten utwór potrafi wejść w człowieka - Nergal przestał się bać ambitnych melodii, które nadają muzyce jeszcze większego pazura. 

7. Morowe - Oni przyjdą


Wciąż eksplorujemy scenę polskiego metalu. Morowe nie powinien być znany szerszej publiczności, ponieważ twórcy tego projektu pozostają w katowickim podziemiu. Śląska ziemia obfituje w artystów, którzy podążają ścieżką muzyki zapoczątkowanej w obskurnej Norwegii. Kiedyś Śląsk stał bluesem, teraz towarem eksportowym, obok węgla kamiennego, jest przede wszystkim black metal. Morowe nastawia się na poszukiwanie nowych rozwiązań. Rzadki jest prymitywizm instrumentalny, aranżacyjny lub tekstowy. Nihil - mózg tej grupy - podczas tworzenia materiału na nowej płycie, musiał być zafascynowany dokonaniami francuskiej sceny black metalu. Echa Deathspell Omega lub Blut aus Nord są bardzo słyszalne. Ale nowy album nie jest amatorską kalką muzyki wyżej wymienionych formacji. Bardzo wieloznaczne teksty towarzyszą nienagannemu wyszkoleniu technicznym - pełno tutaj zmian tempa, poszatkowania rytmicznego i epickiego riffowania w duchu chociażby Drudkh. Tak, słowiański okultyzm i demonizm sprawnie mieszany jest z zachodnim profesjonalizmem i muzycznymi nawykami. 

8. Zamilska - Quarrel


Niektórzy powiedzą, że to nic specjalnego, że to zwykłe nowoczesne technoidy. Ktoś powie, że środowiskowy hype na Zamilską to marketingowy spisek, który mami prawdziwego odbiorcę i nie pozwala mu dojść do słusznego wniosku, że młoda producentka to nadwiślańskie odgrzewanie kotletów w studio. A ja powiem coś innego. Coś zdecydowanie innego. W kompozycjach Zamilskiej dominuje mocarna rytmika przeplatana dubstepowymi łamaczami. Wszystko to jest zanurzone w mrocznym industrialu. Stąd słyszymy przemysłowe odgłosy produkcyjnych taśm lub inne trudne do sprecyzowania odgłosy tła. Oprócz nowoczesnego techno, Zamilska łączy dynamiczną elektronikę z fascynacją plemiennymi rytmikami. Słuchacz ma wrażenie, że obcuje z pulsującą tkanką muzyczną, która wręcz chce rozsadzić głośnik od wewnątrz. Oprócz fascynacji industrialem, słychać echa audiowizualności - bunt i gender przy akompaniamencie nowoczesnego world music. Utwór ten najpełniej przybliża oblicze debiutu Zamilskiej - przepełniony jest niesamowitą ekspresją i dojrzałością kompozycyjną. Aha, warto zwrócić uwagę na video. 



środa, 11 czerwca 2014

Italo Calvino - "Jeśli zimową nocą podróżny"


Italo Calvino urodził się w Hawanie w 1923 roku. Obracał się w środowisku zlaicyzowanym i antyfaszystowskim. Ten aktywistyczny tryb życia ma odbicie w jego twórczości. Początkowe oblicze problematyki książek publikowanych przez Włocha przypomina o tęsknocie za czasami nieskażonymi doktrynami, ideologią faszystowską. "Baśnie włoskie" czy trylogia o przodkach, w skład której wchodzą tytuły takie jak "Wicehrabia przepołowiony", "Baron drzewołaz", "Rycerz nieistniejący" to literackie odcięcie się od realności i neorealizmu włoskiego, który cieszył się ogromną popularnością w latach pięćdziesiątych w Italii. Dystansowanie się od rzeczywistości to domena także późniejszej twórczości Calvina. Z tą różnicą, że pisarz porzucił groteskę i pastisz, by swoje nowe dzieła wypełnić duchem oniryzmu i eksperymentu. Lata siedemdziesiąte to okres publikacji największych dzieł: "Niewidzialne miasta" i "Jeśli zimową nocą podróżny".
Pisarstwo Calvina charakteryzuje ogromna wrażliwość na przemiany współczesnej kultury. Jest to wymierne w postaci ewolucji od neorealizmu do powieści powstałych dzięki inspiracji strukturalizmem. "Jeśli zimową nocą podróżny" to literacka wykładnia artystycznej koncepcji Calvina. Dotyczy ona ufności w twórczą postawę czytelnika, który winien aktywnie uczestniczyć w rekonstrukcji wątków, znaczeń i symboli, którymi naszpikowana jest powieść. Idealny czytelnik nie może ślepo wierzyć w ponadczasowość tradycji literackich typowych dla kultury śródziemnomorskiej. Powinien odrzucić sztywne ramy konwencji, które stały się zbyt ograniczające dla wyobraźni twórcy. "Jeśli zimowa nocą podróżny" to nie tylko zwykła powieść. Książka ta musi być odbierana także jako manifest wolności literackiej.
"Jeśli zimową nocą podróżny" w swoim pierwotnym założeniu opiera się na abstrakcyjnej grze intelektualnej. Powieść ta składa się z dziesięciu początków różnych powieści ukazujących jedno zdarzenie z różnych, odmiennych perspektyw. W tym koncepcie objawia się przejaw polemiki z odbiorcą i kulturą masową, która u schyłku lat siedemdziesiątych niepokoiła artystów. Każdy rozdział to osobna wariacja na temat schematyzmu powieści różnego typu. Calvino subtelnie, z ogromną dozą literackiej erudycji, parodiuje typowe dla ówczesnej epoki style pisarstwa. Wprawiony czytelnik może doszukać się nawiązań do rosyjskiej powieści rewolucyjnej, paryskiego kryminału w stylu noir, latynoamerykańskiego realizmu magicznego, orientalnej powieści miłosnej, sztampowego thrillera psychologicznego. Przy nieznajomości różnych technik i zabiegów literackich, "Jeśli zimową nocą podróżny" nie sprawi takiej satysfakcji. Jest to powieść eksperymentalna stworzona nie dla mas, lecz dla wyselekcjonowanego czytelnika, który posiada obycie kulturalne. Oczywiście, odbiorca bez zaplecza filologicznego również może zostać wciągnięty w wir akcji, lecz problematyka powieści będzie mocno spłycona. A właśnie te erudycyjne głębie niezmiernie fascynują.
Druga strona polemiki to dialog prowadzony z czytelnikiem. Przypomina rozmowę dwóch przyjaciół, którzy pozwalają sobie na chwile irytacji, rozczarowania czy wręcz wściekłości. Do takich skrajnych emocji doprowadza zabieg Calvina, który polega na tym, iż każda kolejna historia rozpoczyna się i błyskawicznie kończy w momentach zwrotnych, które mogłyby odpowiedzieć na fundamentalne pytanie o sedno akcji i fabuły. Taki eksperyment jest oczywiście celowy, ponieważ w założeniu miał wyzwolić odbiorcę z bezrefleksyjnego i bezkrytycznego śledzenia wątków i podporządkowania fabule. Literatura Calvina sieje wątpliwość we własne istnienie, odsłania koturnowość stylu i konwencji. Cała powieść posiada cechy autotematyzmu. Literatura opowiada o literaturze. Calvino stworzył dzieło, które jest hołdem dla sztuki pisarstwa i miłości do sztuki. Właśnie takimi metaliterackimi emocjami jest przepełniona powieść "Jeśli zimową nocą podróżny".
Płynność i amorficzność form stylów w powieści Calvina dowodzi, iż naczelną wartością literatury pozostaje intelekt, bystrość umysłu oraz umiłowanie konstrukcji i dekonstrukcji. "Jeśli zimową nocą podróżny" może rozczarować czytelników, którzy pragną metaforyki, autoanaliz, egzystencjalnych dramatów. Calvino to rejestrator stylów i tendencji, które nieśmiało próbuję zburzyć tradycję literacką, która stała się mocno przebrzmiała. Po lekturze tej książki narzuca się dość relatywny wniosek. Życie nie jest niczym więcej niż intelektualną przygodą. Tylko i aż.


poniedziałek, 2 czerwca 2014

W oparach fantazmatów - "Wenus w futrze" - recenzja

Ostatnia twórczość Polańskiego jest jak wytrawne wino dla koneserów. Długo trzymane z dala od producenckiego głównego nurtu, zachowało zbawczą wartość. "Wenus w futrze" to boska ambrozja, którą wykradziono z Olimpu. Dzięki Polańskiemu nawet zwykły śmiertelnik może upajać się tym artystycznym błogostanem. Choć najnowsze dzieło urodzonego w Paryżu reżysera zawiera symbolikę i nawiązania do sztuki, które mogą przytłoczyć widza oczekującego komedii w stylu chociażby "Rzezi" z 2011 roku.
"Wenus w futrze" w pełni korzysta z formuły "teatru w teatrze". Nowy film nakręcony przez autora "Chinatown" to niespieszna suita hołdująca tradycji. Struktura tego obrazu jest warstwowa. Pozornie obcujemy z komediodramatem z pełnymi pasji dialogami, subtelnym humorem i ironią. Jednak to tylko zewnętrzna powłoka tego dzieła ocierającego się o geniusz sztuki filmowej.
Punktem wyjścia jest starcie dwóch antagonistycznych postaci - kobiety i mężczyzny. Vanda i Thomas to ludzie z różnych sfer, z różnymi nawykami. Absolutnie nic ich nie jest w stanie połączyć. Komunikacja jest zaburzona, pełno zgrzytów wynikających z celowej ignorancji bądź braku obycia w problematyce sztuki. Thomasa poznajemy, gdy rozmawia z narzeczoną o nieudanej selekcji aktorek ubiegających się o główną rolę w sztuce "Wenus w futrze". Już przez ten krótki monolog, jesteśmy świadkiem brawurowej gry aktorskiej - pełnej pasji, zaangażowania i dystansu. Vandę poznajemy, gdy wbiega do teatru. Pierwszy kontrast zachodzi już na płaszczyźnie zewnętrzności. Reżyser to zadbany gentleman w średnim wieku, ubrany w schludną marynarkę i wyprasowane spodnie. Vanda to absolutne przeciwieństwo. Postać grana przez Emmanuelle Seigner ubrana jest w skórzany gorset, spódniczkę eksponującą kobiece kształty. Fabuła filmu Polańskiego opiera się na prostym zabiegu. Thomas rażony zniecierpliwieniem daje szansę zaprezentowania swoich możliwości aktorce. I to był impuls, który pozwala widzowi obserwować coś, co nie do końca jest już filmem - jest polem starcia podświadomości ze świadomością, wyobraźni z rozumem, faktów z stereotypami, kobiety z mężczyzną, moralności z seksualnością. Kanwą filmu jest bogata symbolika, która magnetyzuje odbiorcę - nie pozwala mu rozstać się z "Wenus w futrze", zmusza do aktywności umysłowej i poszukiwania odpowiedzi na pozornie proste pytania. Obraz Polańskiego wiele traci, gdy odbieramy go biernie.
Vanda i Thomas bawią się konwencją gry aktorskiej. Zamieniają się rolami, przybierają kolejne maski. Jednak należy zauważyć, że tylko kobieta zachowuje własną, jasno wyodrębnioną osobowość. W każdej postaci gra siebie. Każda postać jest podporządkowana przez zniewalający charakter Vandy. Thomas coraz bardziej pogrąża się w bezosobowości - traci podmiotowość w konfrontacji z wybujałym ego teatralnego adwersarza. Symbolem zmiany ról i tracenia własnej indywidualności jest ciągła zmiana ubrań. Reżyser przywdziewa stuletnią marynarkę, by jeszcze bardziej "wejść" w graną postać - dystyngowanego arystokratę, którego pasją są futra. Można zauważyć pewną zależność. Przebieranie się Thomasa to chaotyczne szukanie osobowości, która może stawić czoła seksualności i demonizmu płynącego z gestykulacji, aluzji i jednoznacznych deklaracji Vandy. Kobieta coraz bardziej staje się naga wobec mężczyzny. Metaforycznie i dosłownie. Seans "Wenus w futrze" to także kontemplacja kobiecego piękna w tradycyjnym wydaniu - bliżej do klasycyzmu lub renesansu niż do obfitych kształtów widniejących na płótnach Rubensa. Jednak wróćmy do metaforyki tej nagości. Nagość ciała to również nagość duszy. Vanda eksponuje swoją kobiecość, która w filmie Polańskiego jest kojarzona z czymś boskim, mistycznym. Postać grana przez Seigner ma swoje artystyczne korzenie w dwóch epokach: antyku i modernizmu. Psychika i osobowość Vandy przepełnione są kasandrycznym fatalizmem, dionizyjską płodnością, wampiryzmem oraz wyzwoleniem. Kreację kobiecą w "Wenus w futrze" można porównać z wizerunkiem Innego według psychoanalizy lacanowskiej. Pierwiastek kobiecy głęboko leży w podświadomości mężczyzny, który nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na tajemniczość i obcość kobiety. Stąd tragiczne szukanie indywidualnej logiki, która przysłuży się do poskromienia szaleńczej kobiecości. "Wenus w futrze" to odwrócenie ról. To kobieta zniewala, podporządkowuje pierwiastek męski, trwa we władczych roszczeniach. Vanda tworzy własną ideologię, której celem jest ukaranie narcystycznej osobowości reżysera odnoszącego się z pobożnością wobec własnej sztuki. Kobieta pragnie roztopić indywidualność Thomasa. Zezwala, by on zatracił własne życie, ulegając demonicznej seksualności, którą postać grana przez Seigner wręcz namacalnie emanuje. Erotyczne napięcie między Vandą a Thomasem (w tej roli świetny Mathieu Amalric) jest mocno wyczuwalne. To ono dyktuje warunki gry między rolami bohaterów. To ono powoduje, że reżyser staje się niewolnikiem, sługą wobec wampirycznej kobiety. Film Polańskiego to demaskacja jednej z fundamentalnych iluzji - przekonania, że mężczyzna i kobieta są odniesieni do siebie niczym dwie połówki zdolne do utworzenia harmonijnej jedności. Jednia między Vandą a Thomasem przypomina raczej masochistyczną pętlę zaciskającą się na szyi reżysera. "Wenus w futrze" to wysublimowany, złożony z nabożną czcią pokłon dla żony Polańskiego (Emmanulle Seigner), która jawi się jako pełna wewnętrznych dysonansów synteza kapłanki, pogańskiej bogini i femme fatale z czasów artystycznej moderny.
"Wenus w futrze" to nie tylko hołd fascynującej, destrukcyjnej i magnetyzującej kobiecości, lecz także subtelna tragedia mężczyzny rozpisana na dwie role. Nie dość, że Thomas traci niemal wszystko, ulegając własnym fantazmatom, to na dodatek jego artyzm został nadszarpnięty przez aktorkę, która nie boi wytknąć oczywistych potknięć w scenariuszu. Thomas niejako zakochuje się w postaci wymyślonej przez siebie. Nie przez przypadek występuje zbieżność imion aktorki i postaci w sztuce. Reżyser to uwspółcześniony król Cypru - mitologiczny Pigmalion, który stworzył z kości słoniowej posąg idealnej kobiety (Galatei) i zakochał się w nim. Współczesna psychologia interpretuje taką skłonność jako pilna potrzeba wykreowania obiektu seksualnego dla siebie, który pokornie zaspokoi estetyczne i erotyczne potrzeby twórców. Tragizm Thomasa polega na tym, że personifikacja literackiej Vandy zniewala twórcę. Reżyser jako mężczyzna po raz kolejny upada na dno własnej erotyki.
Można bawić się w interpretowanie jeszcze przez kilka godzin. Jednak prawdziwa przyjemność zachodzi wtedy, gdy sami dostrzegamy ulotność i piękno nawiązań Polańskiego. A wyżej wymienione motywy to tylko krople w morzu metaforyki, którą kontemplujemy podczas seansu "Wenus w futrze". Polański po raz kolejny skoncentrował się na teatralności, aby wyeksponować odwieczne skłonności człowieka do dominacji i zniewalania. Przy odpowiednim warsztacie aktorskim i reżyserskim, można stworzyć genialne dzieło. I taka jest "Wenus w futrze". Prawdziwa kobieta - zmienna, boska, dominująca, rozgadana i nie znosząca krytyki. Dlatego ja mam zamiar wychwalać futrzaną damę.


niedziela, 1 czerwca 2014

Xiu Xiu - "Angel Guts: Red Classroom"



Można sądzić, bo zmianie stylistyki okładki nowego wydawnictwa Xiu Xiu, że amerykański zespół ukierunkował się w stronę minimalistycznego popu z okolic The xx. Wręcz przeciwnie. Jest nieprzyjemnie, hałaśliwie, odpychająco, ale przy tym trochę nudno. Bo jak długo można bawić się w prowokatora?

Osoby, które lubią iść na łatwiznę, najczęściej określają muzykę Xiu Xiu mianem eksperymentalnego indie. To trochę krzywdzące dla mózgu operacyjnego - Jamiego Stewarta. Ten pan robi wszystko, by odciąć się od uwspółcześnionego indie. Mam na myśli całe pokolenie zespołów alternatywnych, które silą się na ugrzecznienie lub pozorną niezależność. Xiu Xiu jest zespołem zdecydowanie innym. Mało słychać o nich w mediach, raczej nie są ulubieńcami Pitchforka. Sam skład dopełnia enigmatyczności ekipy o dziwacznej nazwie. Jak wspomniałem, jedynym stałym członkiem bandu jest Jamie Stewart - gość niezwykle konsekwentny. Przypomina on podstarzałego proroka moderny, która wciąż wierzy w śmierć melodii. Dla niektórych muzyków harmonia dźwięków jest Bogiem. Stewart bawi się w krzewiciela poglądu, że to płyty Xiu Xiu przyspieszają śmierć wszystkiego, co łagodne, wypolerowane i grzeczne. Od 14 lat używa wciąż tych samych narzędzi. Jaki efekt słychać na "Angel Guts: Red Classroom"?

Xiu Xiu nigdy nie było aż tak perwersyjne. Muzycy przybierają pozy dźwiękowych psychopatów, którzy boleśnie dotykają wszystkiego, co kojarzyliśmy z subtelnością i intymnością. "Angel Guts" wypełnione jest elektroniczną ścianą dźwięku, która ma odpychać i fascynować z podobną siłą. Niestety, proporcje zostały dość nieprecyzyjnie wyważone. Więcej tutaj mało odkrywczej monotonii, mniej tej fascynacji. Choć oczywiście można wyłapać momenty, które przyciągają uwagę wyrobionego słuchacza. Do takich perełek należy utwór "Stupid in the Dark". Kompozycja o dość sztampowej, wręcz prymitywnej strukturze: coś na kształt rytmicznych zwrotek okraszonych zalążkiem czegoś podobnego do refrenu. Celowo nie konkretyzowałem, bo cała muzyka Xiu Xiu właśnie polega na takich dźwiękowych niedomówieniach. Stewart przypomina dadaistę, który lepi różne prymitywne motywy w abstrakcyjną całość zakorzenioną w naszej codzienności. Kiedy kiełkuje jakaś melodia, Stewart nie zapomina o błyskawicznej destrukcji. Stąd dużo na płycie łamanych rytmów łatwo przechodzących w dźwiękowych trans zahaczający o elektroniczną psychodelię. "Stupid in the Dark" to najlepszy dowód na perwersyjność stylu Xiu Xiu. Nasze uszy są nieustannie atakowane nieprzyjemnymi, kąśliwymi i hałaśliwi odgłosami, ale nasza podświadomość odnajduje w tym szaleństwie metodę. Niezwykle taneczną metodę, należy zaznaczyć. Nie obraziłbym się na taki utwór znajdujący się na najbliższej playliście nośnej stacji radiowej. Kolejna perełka na "Angel Guts" to utwór zatytułowany "Adult Friends". Tutaj mniej dadaizmu, a więcej barokowego kolażu. Oprócz opętańczej melorecytacji, pisków, krzyków, śmiechu, mamy także szept oraz odgłos sponiewieranej świni. To muzyka gwałcąca ciszę i harmonie - wszystko to, co nasz kodeks kulturowy odnotował jako przyjemne i tradycyjne. Nie mam pojęcia skąd bierze się taki radykalizm twórczy Stewarta, ale niech trwa w tym jak najdłużej. Ciężko zaszufladkować te dwa najlepsze utwory na płycie. Niby sporo tu noise'u, sporo eksperymentu, ale nad wszystkim unosi się specyficzna aura współczesnego performance'u. Gdyby cała płyta Xiu Xiu zachowała poziom "Stupid in the Dark" i "Adult Friends", śmiało pokusiłbym się o stwierdzenie, że "Angel Guts: Red Classroom" to wielkie dzieło współczesnej alternatywy, to wielkie dzieło na miarę kontrowersji Mariny Abramović. Niestety, to wciąż marzenia.

Zbyt dużo wypełniaczy, które lekko przeszkadzają w konceptualnym odbieraniu albumu. Muzyka Xiu Xiu jest silnie zakorzeniona w teraźniejszości, więc sporo tutaj skojarzeń z konsumpcjonizmem i masowością. Kolejne płyty zespołu dowodzonego przez Stewarta mają być ciosem dla takiej mentalności. Stąd regularność ich wydawania i wiara muzyków w sens ich misji. Jednak muszą się wystrzegać takich dźwiękowych wypełniaczy, które nie dość, że są po prostu nudne, to swoją kompozycyjną sztampą i naiwnością niebezpiecznie dryfują w stronę współczesnego kiczu okraszonego hałaśliwą elektroniką. Większość utworów nieźle się zapowiada, mami słuchacza niecodzienną strukturą bądź rytmiką, lecz potem wszystko gdzieś odpływa. Zbyt dużo muzycznych elementów się rozchodzi - mało współgrania i spójności. Ok, ktoś powie, że taki przepych dowodzi muzycznej erudycji autorów. Ja jednak twierdzę, że to dowód niezdecydowania i bombardowania odbiorcy różnymi pomysłami, które niekoniecznie muszą iść w parze z jakością. Jeszcze jeden zarzut dotyczy porównania nowej płyty z poprzednimi dokonaniami. Wciąż mamy lekkie déjà vu. "Angel Guts" bazuje na schematach znanych z wcześniejszych albumów. A szkoda, bo mamy przecież prawo oczekiwać, że zespół po kilkunastu latach na scenie, odważy się na delikatną woltę stylistyczną, nie zabierając pierwiastków radykalności. I tu zachodzi największy paradoks Xiu Xiu. Stewart jest na tyle doświadczonym artystą, że po prostu nie wypada mu ufać w zbawczą moc kontrowersyjnej strony jego twórczości, której wciąż brakuje tej cząstki geniuszu. "Angel Guts" ma momenty, w których muzycy krążą wokół sfery chaosu, lecz nie potrafią jej ujarzmić, podporządkować. A szkoda, bo "El Naco" lub "The Silver Platter" są skażone i zarysowane przez poprawność rzemieślniczej pracy bez wznoszenia się na wyżyny artyzmu.

"Angel Guts: Red Classroom" to album spięty noise'ową klamrą kompozycyjną. Jednak muzyczne wnętrze nowej płyty Xiu Xiu tylko uwodzi pozorną różnorodnością. Wielka szkoda, że nie starczyło zapału i cierpliwości, by tworzyć więcej utworów pokroju "Stupid in the Dark", "Adult Friends" czy chociażby "Botanica de Los Angeles" (kawałek przynoszący chwilę wytchnienia, bo jest czymś na kształt industrialnego chillwave'u). Xiu Xiu to muzyczny produkt dla koneserów elektronicznych szumów, dropów i innych udziwnień. Choć chaos na "Angel Guts" jest tylko pozornie kontrolowany.

PS. Celowo nie wspomniałem o utworze "Black Dick". Niech każdy zinterpretuje to "coś", jak chce. Ja nie potrafię. Nie chcę. Nie wnikam. Śpię (prawie) spokojnie. Taki Freud brałby takie kompozycje w ciemno.




czwartek, 29 maja 2014

Ballada o romantyczności 2.0 - "Her" - recenzja

O "Her" było głośno niemal przez cały rok. Polska premiera odbyła się w Walentynki tego roku. To powiązanie idealnie uwypukla profil filmu. Jest to romantyczna opowieść dla wrażliwych. Czy dla par i wszystkich zakochanych? Niekoniecznie.
Głównym bohaterem jest Theodore Twombly (Joaquin Phoenix) - samotny pisarz dorabiający w korporacji produkującej seryjnie listy. To on, w imieniu wszystkich nieśmiałych osób, próbuje wyznać miłość, przeprosić lub prosić o drugą szansę anonimowych adresatów. Całkowicie przy tym zatraca siebie, ponieważ w pisanie tych emocjonalnych wyznań angażuje całą swoją wyobraźnię, pobudzając wszystkie zmysły odpowiedzialne za uczucia. Jednak ta niezwykle empatyczna praca kontrastuje się z prywatnym życiem Theodore'a. Jego egzystencja opiera się alienacji, opuszczeniu, nieustającej grze pozorów. Relacje interpersonalne zamykają się w kręgu kilku zaklęć, które w teorii mają zapewnić otrzymanie świętego spokoju: "u mnie wszystko w porządku", "jest naprawdę ok", "trzymaj się, na pewno oddzwonię". Samotny pisarz buduje wysoki mur oddzielający go od rzeczywistości. Nie pragnie integracji ze światem, który cechuje się automatyzmem, schematyzmem, niewrażliwością. Spike Jonze kreuje reżyserską wizję uniwersum, która faktycznie przypomina dystopię. Wewnętrznie spójny wizerunek przyszłości nie jawi się interesująco dla osób pokroju Twombly'ego - persony o skłonnościach ulegania melancholii, pragnieniom eskapizmu. Reżyser stworzył przerażające uniwersum, które wydaje się uzasadnionym następstwem aktualnej sytuacji społeczeństw masowych. 
Odpowiedzią Theodore'a na dręczącą samotność jest akt zakupu najnowszej nowinki technologicznej - systemu operacyjnego, który został zaprojektowany po to, by posłusznie spełnić wszystkie pragnienia użytkownika. Oczywiście, autorzy tego systemu nie przypuszczali, że ktoś będzie w stanie zakochać się w głosie systemu operacyjnego. Niepoprawna miłość jest naturalną konsekwencją fascynacji Theodore'a nowym oprogramowaniem. A konkretniej rzecz ujmując, samym kobiecym głosem. Twombly nie potrafi się oprzeć zmysłowości, ezoteryczności dźwięku mowy syntezatora w systemie operacyjnym. Ta diabelsko przekonująca wizja to zasługa Scarlett Johansson, która użyczyła swoich strun głosowych sztucznej inteligencji, która podaje się za Samanthę. Przez ponad dwie godziny widz obcuje z niesamowitym popisem aktorstwa dwóch osób: Phoenixa i Johansson. Para ta stworzyła filmowy duet na miarę postaci z obrazu Arthura Penna - "Bonnie i Clyde". Z tą różnicą, że Jonze nie sili się na archaizację uczucia rodzącego się pomiędzy Samanthą a dorosłym mężczyzną. Wszystko jest podane w sposób wytrawny: brak oczywistego sentymentalizmu i dydaktyzmu. Nad emocjami bohaterów ciąży przeznaczenie nieuchronnej klęski, nad którym ciąży chłodny obiektywizm reżysera. Nikt nie próbuje pouczać. "Her" nie należy do grupy filmów piętnujących dane zjawisko. Oczywiście, wykreowana wizja nie jest optymistyczna. Najważniejszym zadaniem przy próbie opowiadania historii dwojga głównych bohaterów była wstrzemięźliwość w operowaniu łatwymi emocjami, które automatycznie kupi odbiorca. Reżyserowi (będącym autorem także scenariusza) ta sztuka się udała. 
Cały obraz utrzymany jest w pastelowych barwach - nie ma tutaj ponuractwa. Bohater, miasto, jak i całe otoczenie, jest poddany zabiegowi uniwersalizacji. Każda aglomeracja może stać się miejscem rozgrywania podobnego dramatu - konfliktu człowieczych potrzeb bliskości z postępującą komputeryzacją prywatnych sfer życia ludzkiego. "Her" to dwugodzinne starcie ginącego powoli romantyzmu, którego przedstawicielem jest właśnie postać grana przez Phoenixa, z cybernetyką, której granice z rzeczywistością uległy błyskawicznemu rozmyciu. Dla dwójki bohaterów (Theodore i jego przyjaciółka - Amy) cyberprzestrzeń jest dosłownie wszystkim. To tam są ulokowane ujścia ich ambicji, samorealizacji, marzeń, szczęścia, wreszcie miłości. Para przyjaciół tworzą postaci, które bardzo dobrze znamy ze swoich doświadczeń. Przecież każdy ma neurotycznego znajomego, który nieśmiało odpowiada na pytania dotyczące uczuć. Znajomego, który spędza każdą sekundę podłączony słuchawką i mikrofonem do bram prowadzących do lepszego, szczęśliwszego świata. 
Spike Jonze stworzył filmowy epos utrzymany w jasnej, niemal pastelowej tonacji, bez ciemnych mroków dydaktyzmy i naiwnego moralizatorstwa. Każda postać w filmie nie posiada cech manichejskich. Jest to subtelny dramat rozgrywający się na płaszczyźnie bardzo osobistych relacji. W efekcie widz otrzymał ponad dwugodzinny obraz, który nie ucieka w hermetyczną sztampę, nie piętnuje zaprezentowanych zjawisk, a jedynie z kronikarskim zapałem relacjonuje naturalne następstwa aktualnych wydarzeń. 




środa, 28 maja 2014

Stephen King - "Dallas '63"

Struktura "Dallas '63" to misterne, cierpliwe pociągnięcia pędzlem dojrzałego artysty, który wciąż używa tej samej palety kolorów. Preferuje odcienie grafitu, gorzkiej czekolady, świeżo palonej kawy, niemrawego brązu drzewa sandałowego. Wszystkie te chłodne, zdystansowane barwy tym razem stały się elementami tworzącymi obraz sentymentalny. Brak pastelowych kolorów, dominuje neutralny mrok otulony w szarość powszedniości. Stephen King coraz śmielej spogląda na przeszłość. Ulega powabnym halucynacjom, które pozwalają na przeniesienie do chwil beztroskiej młodości. Emocjonalnie zapada się w miejscach, które utożsamiane były z minioną arkadią. Jedna z nowszych publikacji - "Dallas '63" - to literacki hołd czasom, które absolutnie nie mogą powrócić. King jest tego świadom, więc używa kanwy powieści, aby zanurzyć się w przeszłość. Czy taki sentymentalizm destrukcyjnie wpływa na artystyczną wartość literatury Kinga? 
Główny bohater powieści, Jake Epping, to typowy everyman. Szary element bezbarwnego tłumu, który zalewa chodniki wielkich aglomeracji. Raczej nie powinien oczekiwać, że znajdzie się śmiałek zdolny ująć jego przeciętność w tomach bestsellerowej biografii. Jake ma 35 lat i wydaje się być typowym przedstawicielem średniej klasy w Stanach Zjednoczonych. Bardzo ograniczone perspektywy, które i tak szybko ulegają destrukcyjnej sile rzeczywistości. Bohater, z którym czytelnik musi obcować przez ponad 800 stron książki, uczy języka angielskiego w szkole oraz dorabia, prowadząc kursy mające przygotować dorosłych do zdania matury. Jego żona, która go porzuciła, bez ceregieli uważała Jake'a za życiowego nieudacznika. Życie nauczyciela nie obfituje w niespodzianki, jest raczej do bólu nudne i przewidywalne. Musi on nieustannie zmagać się z przeciętnością swojej pracy. Jedynym wytchnieniem od schematyzmu jest czas wakacji, które polegały na bezrefleksyjnej migracji między stanami. Narracja pierwszoosobowa potęguje wrażenie konfesyjności tej powieści. Jake jednocześnie niczego więcej nie oczekuje od życia i skarży się na nudną regularność jego działań zawodowych i prywatnych. Wspomina pewien dzień, kiedy zadał swoim uczniom pracę domową - napisanie typowo szkolnej historii, która miała przetestować zdolności gramatyczne przygotowujących się do matury z języka angielskiego. Od jednego ze swoich uczniów, otrzymuje wstrząsający zapis przeżyć. Uczeń - Harry Dunning - streścił makabryczne wydarzenia, które miały miejsce w jego własnym rodzinnym domu pięćdziesiąt lat temu. Harry uczestniczył wtedy w masakrze jego rodziny. To jego ojciec zafundował bliskim taką rzeź. Z reporterską precyzją uczeń ujął wszystkie szczegóły tego zdarzenia - zatłuczenie młotkiem matki i braci, pobicie siostry aż do utraty przytomności. Jake Epping bardzo poważnie potraktował ten zapis opowieści. Podświadomie czuł, że jego przeznaczeniem powinna być wendetta za krzywdy Harry'ego - mało błyskotliwego woźnego ze szkoły, który był pośmiewiskiem całego personelu i innych uczniów. Przeciętne życie Jake'a nabiera w tym momencie lekkiego przyspieszenia i rozmachu godnego filmów klasy B. Czytelnik oczekuje typowego kryminału, który posiada głęboko osadzony wątek osobistej zemsty. Jednak Stephen King poszedł trochę w innym kierunku. Trochę nienaturalnie splótł historię Eppinga z postacią jego znajomego - Al'a, właściciela bistro oferującego tłuste hamburgery w niskich cenach. Ta para jakoś ze sobą nie współgra, stężenie życiowej nieporadności jest mało przekonujące. Wkrótce Al dzwoni do głównego bohatera, by ten błyskawicznie udał się do jego domu i wysłuchał jego historii. Jake posłusznie wciela rozkaz w życie i udaje się do kwatery sprzedawcy fast-foodów w mało przedsiębiorczej okolicy. Okazuje się, że sprawcą tego całego zamieszania, jest nowotwór Al'a. Dni przyjaciela Jake'a są policzone, więc ten zgadza się na wysłuchanie jego opowieści. Coś za dużo pokory i konformizmu w tej postaci, moim zdaniem. Nauczyciel dowiaduje się, że w spiżarni podrzędnego sprzedawcy hamburgerów mieści się portal do roku 1958. Nie wiem jaki był zamysł autora, ale całe zawiązanie akcji wydaje się nieco absurdalne i mało przekonujące. King przypomina starego domokrążcę, który próbuje wcisnąć mało użyteczny towar w bardzo zniechęcającej oprawie. Wstęp nie wciąga tak samo, jak początki poprzednich powieści autora "Carrie". Wątki są skonstruowane chaotycznie, brakuje atmosfery oczekiwania suspensu i grozy. Cała historia z przenosinami w czasie została wyłożona bezpośrednio odbiorcy. Czytelnik nie ma wrażenia, że uczestniczy w wydarzeniach, podglądając działania bohaterów przez wąską dziurkę od klucza. Raczej jesteśmy w literackiej piaskownicy, gdzie leżą porozrzucane bezładnie wątki i kreacje postaci. Trzeba głębokiego sentymentu do stylu Kinga, by przebrnąć przez niemrawy początek i oczekiwać czegoś więcej w następnych rozdziałach. Ja miałem takie zaufanie do pomysłowości powieściopisarza, więc zabrałem się za czytanie kolejnych fragmentów.
Umierający Al prosi swojego przyjaciela o przysługę. Nauczyciel angielskiego został predestynowany do roli zbawcy ludzkości, a przede wszystkim mesjasza narodu amerykańskiego. Jake musi uchronić Kennedy'ego od zamachu. Musi zmienić przeszłość. Oczywiście wiążę się to z ogromnym ryzykiem, ale Epping chyba w poprzednim wcieleniu był homeryckim herosem, bo niemal błyskawicznie zgadza się na udział w tym szalonym zadaniu. Godzi się na porzucenie dotychczasowego życia i zanurza się w odmętach historii. Do tego momentu brzmi to wszystko, jak surrealistyczne majaki oddanego fana literatury science-fiction, który postanowił stworzyć kolejne wiekopomne dzieło będące jedynie mało błyskotliwym pastiszem tego gatunku. Epping pragnie pomścić rodzinę kulejącego woźnego, a potem powstrzymać Lee Oswalda przed egzekucją Johna Kennedy'ego. Brzmi to lekko niedorzecznie, bo przecież pamiętamy, że Jake to everyman bez takiej ambicji godnej herosów z komiksów Marvela. 
Na pewno należy oddać szacunek Kingowi, który przyznaje się do tego, iż przeczytał całe kilogramy książek historycznych, popularnonaukowych, spiskowych, które obnażają prawdę i szczegóły zamachu zaplanowanego przez Oswalda. Widać to w szczególności w końcowej fazie powieści, gdy narrator z kronikarskim zapałem punktuje kolejne szczegóły z biografii zamachowca. Psychologizacja radykalnego lewicowca została przeprowadzona bardzo precyzyjnie i przekonująco. Oswald nie jest papierowym bohaterem, który sam zaplanował swoją rolę do odegrania w historii. King sumiennie odnotował fakt, iż nowoorleańczyk był praktycznie opętany ideą rewolucjonizmu przez inne osoby, z którymi przebywał. Bardzo dobrze wypadają te fragmenty książki, w których można przeczytać o wewnętrznych rozterkach jego żony - Mariny. Lee Oswald przypomina lekko prymitywizującego intelektualistę, który pragnie w końcu odciąć się od wpływów lewicowych przyjaciół. Końcowe rozdziały czyta się jak fabularyzowany podręcznik do historii najnowszej. Narrator perwersyjnie odkrywa wszystkie zakamarki umysłu Oswalda. Główny bohater także jest pod nieustającym wpływem tej osoby, choć nigdy go nie widział. Jednak w kontekście całości powieści, King nie jest konsekwentny, ponieważ ta popularnonaukowa część "Dallas '63" nie pasuje do pozostałych fragmentów, które tworzą lekko chaotyczną mozaikę różnych wcieleń Kinga jako powieściopisarza. 
Już precyzuję, jakie inne części powieści miałem na myśli. "Dallas '63" można podzielić na trzy części. Pierwsza z nich to klasyczna powieść kryminalna z marginalnym wątkiem science-fiction (podróż w czasie i zmiana przeszłości). W tym fragmencie Jake próbuje uratować rodzinę Dunningów od masakry. Prowadzi prywatne śledztwo, nie bacząc na konsekwencje. Próbuje zawiązać znajomości, które jednak nie mają prawa przetrwać. Jake, próbując przetrwać w tej nieznanej rzeczywistości, dostosowuje się do notatek Al'a, który zostawił mu np. wyniki zakładów sportowych. Ta część jest całkiem udana, choć zdarzają się lekkie niedociągnięcia w kwestii kreacji świata. Wszystko zostało zbyt spłycone i spłaszczono - brak przekonujących charakterów. Każda postać jest na tyle amorficzna, że prędko o niej zapominamy. Warto odnotować, że historia miasteczka, w którym mieszka rodzina Dunningów jest niemalże kalką z powieści "To". Wątek morderstw popełnianych na dzieciach można interpretować jako pomost spajający dwa światy pisarstwa Kinga - ten miniony, przepełniony grozą i ten współczesny, nieco bardziej obyczajowo-sentymentalny. Oczywiście, takie wzorowanie się na własnych książkach przypomina ucieczkę w łatwe rozwiązania, które sprawiają wrażenie ulegania schematyzmowi. Druga część składa się z najlepszych fragmentów "Dallas '63". Zawsze doceniałem Kinga jako wybitnego kreatora charyzmatycznych postaci kobiecych, jednak tutaj pisarz zawędrował na sam szczyt własnego talentu. Wątek uczucia Jake'a i Sadie Dunhill jest autentycznie piękny, pozbawiony pretensjonalności, urzekający swoją prostotą i szczerością. Postać Sadie ulega metamorfozie. Jake najpierw spotyka piękną, lecz nieśmiałą bibliotekarkę. Im bardziej wiążą się ich emocje, tym mocniej zarysowuje się owa przemiana: Sadie zrzuca płaszczyk nieśmiałej dziewczyny z prowincji, by zostać pewną siebie kobietą, która nie wstydzi się kokietować swojego kochanka. Do najpiękniejszych fragmentów można zaliczyć moment, kiedy kształtuje się ich prywatny język miłości. Nie trzeba wielkich fabuł, by stworzyć tak piękny motyw miłości, która jest zdolna przetrwać dosłownie wszystko. King jako cichy i subtelny romantyk? Sadie jest w stanie przetrwać nawet to, że Jake podaje się za kogoś, kim nie jest. Został przedstawiony frapujący paradoks: silny i emocjonalny związek dwojga ludzi, który ma fundamenty tylko i wyłącznie w nieszczerości i oszukiwania jednej ze stron. Jednak tutaj znów mamy do czynienia z niepotrzebną kalką. Motyw szalonego męża-psychopaty nie wydaje się uzasadniony, a czytelnika wręcz odpycha swoim schematyzmem. Aż chce się zaapelować do pisarza, aby nie robił z "Dallas '63" epickiego, długiego przewodnika po całej swojej twórczości. Trzecia część powieści to wcześniej wspomniane zapiski niemal kronikarskie, z mnogością szczegółów wyjętych z życia Lee Oswalda. W porównaniu z cudowną drugą częścią, te fragmenty są trochę rozczarowujące. A w szczególności zakończenie całej opowieści, które razi swoją oczywistością. 
Stephen King popada w sentymentalizm. Z pietyzmem stworzył wizję utopijnej przeszłości. Jego książka miała być hołdem dla czasów minionych. I jest, z całą pewnością. Tylko, czy ten hołd ma jakąkolwiek wartość dla czytelnika? King nigdy nie pragnął zbawiać współczesnej literatury. Wolał pozwolić odbiorcy rozkoszować się jego wyobraźnią. Tym razem wyobraźnia Króla nieco zawodzi. Oczywiście, nie da się stworzyć powieści, która będzie pozbawiona wątków, które jakoś epizodycznie pojawiały się w innych dziełach autora. Jednak "Dallas '63" jest zbyt natrętny, jeżeli chodzi o takie powielanie. Należy zaznaczyć, że nie jest to tragiczna książka. Mało konsekwentna, z mnogością niepotrzebnych opisów (na przykład fragmenty dotyczące obserwacji domów bądź walki bokserskiej), ale posiadająca momenty, które przyciągają czytelnika. I kto kilkanaście lat temu przypuszczałby, że King będzie hipnotyzować nie grozą, a obyczajowością, sentymentalnością i miłością? 


wtorek, 27 maja 2014

Terry Pratchett - "Wyprawa czarownic"



Sir Terence David John Pratchett. Dla przyjaciół po prostu Terry. Szczęśliwy posiadacz Orderu Imperium Brytyjskiego. Znając podejście niektórych jego bohaterów, taki fakt nie spotkałby się z doniosłymi fanfarami, raczej z subtelną drwiną przykrytą zwiewnym płaszczem ironii. Pratchett jako twórca cyklu "Świat Dysku" może czuć się jak prawdziwy zbawca ludzkości. Podobnej miary, co Thomas Alva Edison. Z tą, że różnicą, że Amerykanin oświecił masy żarówką, a Anglik użył do tego celu własnej wyobraźni i niewątpliwego humoru. Pratchett średnio dwa razy w roku publikuje nową książkę. I za każdym razem, pod zasłoną fantastyki wymierza satyryczny cios rzeczywistości, która dzieje się tu i teraz.

"Wyprawa czarownic" to moja ósma przygoda z tym cyklem. Zacząłem dość niefortunnie, bo sięgnąłem po "Łups", który na kilka miesięcy mnie zniechęcił do ruszania czegokolwiek, co jest sygnowane nazwiskiem Terry'ego. Jednak kolejne książki wyrwały mnie z tego marazmu. Zacząłem coraz bardziej doceniać sam styl autora, jak i aktualność myśli bohaterów. Koniec dygresji, czas przejść do sedna recenzji.

"Wyprawa czarownic" to 12 książka będąca zakorzeniona w ideologii Świata Dysku. Główna oś fabularna opiera się na podróży trzech czarownic, by uratować cały świat, który zamyka się w murach Genoi. Ale to nie fabuła jest najistotniejsza w książkach Pratchetta. Służy ona jedynie za pretekst, by popisać się mistrzowskim humorem i błyskotliwością sentencji niektórych bohaterów lub bohaterek. "Wyprawa czarownic" to powieść zdominowana przez pierwiastek kobiecy. Potwierdza się moja teza, że angielski powieściopisarz jest doskonałym znawcą skomplikowanej natury kobiecej. Zainteresowanych odsyłam do "Potwornego regimentu", który wydaje się być idealnym kluczem do poznania kobiecych nawyków i odruchów. Należy zaznaczyć, że specyficzna kreacja kobiety w Świecie Dysku nie jest literackim upustem szowinistycznych zamiarów autora. Fakt, trzy czarownice podróżujące na druki koniec Świata nie należą do elity intelektualnej lub nie popisują się erudycją. Jednak nadrabiają intuicją, sprytem i trzeźwością oceny sytuacji (choć w przypadku jednej z nich - Niani Ogg - trzeźwość to wypicie jednym duszkiem kilku kieliszków absyntu). Kobiety wzbogacają Świat Dysku i to one decydują o tym, co nastąpi. Są absolutnymi paniami opowieści. Podobnie jak w rzeczywistości.

"Wyprawa czarownic" to klasyczna powieść drogi. Trzy kobiety opuszczają swoje rodzinne gniazdo i udają się do odległej Genoi, by po raz kolejny uratować od zagłady dworskie elity tamtejszego rodu. Główna problematyką wydaje się być kwestia emancypacji kobiet. Najmłodsza z nich, czyli Margrat zostaje spadkobierczynią różdżki swojej poprzedniczki - Dezyderaty Hollow. Młoda adeptka magii zyskuje również ogromną wiedzę na temat tego, co w mentalności hermetycznej grupy czarownic jest zakazane. Chodzi przede wszystkim o poszukiwanie własnego ja. Podróż do Genoi to odkrywanie siebie. Dokonuje się to poprzez interakcję z obcym otoczeniem, czymś nieznanym i niepojętym. Konserwatywność w poglądach pozostałych czarownic została zaprezentowana mocno groteskowo. Głównie na absurdzie i grotesce opiera się cały humor powieści. Świadczy o tym przezabawna kreacja Esmeraldy Weatherwax lub Niani Ogg. Kobiety wstydzą się nagości, wszystkiego związanego z cielesnością i seksualnością. Walczą z tymi tematami tabu własnym ubiorem. Cztery kamizelki i potrójna warstwa spódnic to nic nowego w kontekście mody panującej na sabatach. Tak, sabaty w Świecie Dysku nie są ściśle związane z tańcami nago przy kotłach. Każde stereotypowe wyobrażenie zostaje błyskawicznie obalone bądź jeszcze bardziej pogłębione, co stwarza wrażenie absurdalnej deformacji. O byciu czarownicą decyduje nie wiedza, lecz kapelusz, który obowiązkowo musi być spiczasty. Symbolicznym aktem przemiany jest pewna scena z końcowych fragmentów "Wyprawy czarownic". Spotkana na bagnach czarownica praktykująca voodoo uroczyście wręcza głównej bohaterce nowy kapelusz. Stworzony z samych owoców. Zostaje on przyjęty, co zwiastuje lekką zmianę w mentalności bohaterek.

Każda postać jest wyjątkowa. Nie jest jedynie literackim zbiorem kilku cech. To dla tych postaci czyta się "Wyspę czarownic" z narastającym zaciekawieniem. Pratchett, kreując tak wyraziste bohaterki, próbuje stworzyć aluzję do ludzkich zachowań. W pewnych momentach powieść przypomina ironiczny podręcznik podróżowania. Mocno kontrastuje się obcość latających na miotłach czarownic z odmiennością obyczajów ludów, które są odwiedzane w trakcie podróży. W niektórych karczmach nikt nie słyszał o magii, co mocno szokuje główne bohaterki. Każdy turysta pewnie spotkał się z zaporą językową. Rozmowa z tubylcem nie znającym angielskiego przypomina często chaotyczne wymyślanie jednorazowego esperanto, które jest lingwistycznym zlepkiem kilku języków plus impulsywnej gestykulacji. To właśnie spotyka Nianię Ogg, gdy pragnie zamówić cokolwiek w karczmie. Uniwersalnym sposobem na komunikację w obcych krainach, jest podniesienie głosu. Absurd tej sytuacji jest po prostu przezabawny. Ciężko opisywać kolejne detale, które decydują o formie humoru Pratchetta. "Wyspa czarownic" traci na wartości, gdy się ją czyta pospiesznie. Trzeba poświęcić kilka minut więcej, by przepaść w ten specyficzny świat pełen drobiazgów i drobnych miniatur, które są wartością dodaną każdej pozycji z cyklu Świata Dysku.

Pratchett próbuje nam przekazać siłę tolerancji. Wzrastający szacunek dla odmienności pozwala bohaterkom powieści unifikować się, aby osiągnąć zamierzony cel. Może nie jest to jakaś odkrywcza myśl, jednak rzadko który twórca potrafi w książce humorystycznej (opierając się na fantastyce) przemycić kilka zgrabnych obserwacji natury ludzkiej. Przecież podróż czarownic jest niemalże kalką naszych rodzimych wojaży do obcych państw. Zawsze dostajemy szoku, zderzając się z obcością. Zawsze próbujemy odnaleźć przytułek przypominający o oddalonym mile morskie domu. Są to pewne stałe odruchy ludzkie, które Pratchett potrafi z chirurgiczną precyzją wypunktować, lekko moralizując przy tym czytelnika. I właśnie ten dydaktyzm potrafi być nieco zbyt wymuszony i pretensjonalny. Rozumiem, gdy niejako automatycznie wynika z zaistniałej sytuacji, lecz najgorszy kształt ów dydaktyzm przybiera, gdy każdy element wątku został stworzony tylko po to, by oświecić odbiorcę jakąś niezbyt odkrywczą myślą. W "Wyspie czarownic" występują jedynie śladowe ilości takiego manichejskiego moralizatorstwa, co jednak jest pewną wadą książki.

Warto wspomnieć, że Pratchett stworzył opowieść o opowieściach. Czarownice ufają poglądowi, że pewne historie dokonują się cyklicznie, zmieniając tylko bohaterów. Dlatego nie mogą być zaskoczone, gdy na swojej drodze spotykają Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka. Oczywiście każda baśń zostaje zdemistyfikowana. Wilk pukający do chatki chorej babci to stworzenie miotające się w rozdwojeniu jaźni: pierwiastek wilczy kłóci się z pierwiastkiem ludzki. Komizm baśniowych wątków opiera się na łamaniu stereotypów i próbie tworzenia opowieści od nowa.

Również narrator spełnia istotną rolę. Wprowadza nas w zawiły świat mechanizmów rządzących Dyskiem. To właśnie on wzbogaca lekturę o dygresje pozornie niezwiązane z nurtem powieści. Dla przykładu cytat: "Chleb krasnoludów był doprawdy cudowny: nikt nie cierpiał głodu, jeśli miał choć trochę chleba krasnoludów do uniknięcia. Wystarczyło popatrzeć na niego przez chwilę, a natychmiast przychodziło człowiekowi do głowy mnóstwo innych rzeczy, które wolałby zjeść. Własne buty, na przykład. Góry. Owce na surowo. Swoje stopy." *.

Rozczarowuje nieco zakończenie. Znów istnieje pewna zależność typowa dla książek Pratchetta. Genialne pierwsze 100 stron, gdzie poznajemy bohaterów i ich współzależności. Potem musimy przebrnąć przez kilkadziesiąt stron, które przyspieszają akcję. A na końcu czeka nas zakończenie, które wydaje się niedopracowane - jakby autor uparł się, że powieść zmieści się w 260 stronach. Takie podziały sprawiają, że czytelnik ma wrażenie schematyzmu. Jednak "Wyprawa czarownic" nie posiada aż tak chaotycznego zakończenia, jak inne książki Pratchetta.

Pozwolę sobie nazwać Pratchetta ironicznym Szekspirem fantastyki. Wiele łączy autora "Wyspy czarownic" z genialnym dramatopisarzem. Pochodzenie. Bazowanie na humorze, który podszyty jest kpiną z obyczajowości ludzkiej. Talent do obserwacji natury ludzkiej. I pewien schematyzm, który przy masowej publikacji dzieł sprawiał wrażenie zbyt namolnego. Porównaniu z Szekspirem sprzyja jeszcze inny szczegół, a mianowicie fascynacja kobietą jako jednostką, która potrafi zmienić bieg rzeczy. W kontekście fabuły "Wyspy czarownic", mowa oczywiście o biegu opowieści.

A, na koniec jeszcze genialny cytat. Istna perełka wśród diamentów:

"Rasizm na Dysku nie stanowił problemu, ponieważ - przy wszystkich trollach, krasnoludach i innych -
gatunkizm był o wiele ciekawszy. Biali i czarni żyli w doskonalej zgodzie i wspólnie prześladowali zielonych." **. Chyba tylko Anglik mógłby coś takiego wymyślić.


* Terry Pratchett, "Wyprawa czarownic", wyd.Prószyński i S-ka, tłum.Piotr W.Cholewa, s.100


** Terry Pratchett, "Wyprawa czarownic", wyd.Prószyński i S-ka, tłum.Piotr W.Cholewa, s.143


poniedziałek, 26 maja 2014

Cormac McCarthy - "Krwawy południk"

Lektura "Krwawego południka" była moją pierwszą konfrontacją z prozą McCarthy'ego. Fakt, amerykański twórca nie był dobrze znany w Polsce, a to za sprawą późnego „odkrycia” jego książek. Dopiero kilka lat temu na półkach księgarń zagościł najsłynniejszy utwór pisarza. Mowa oczywiście o „Drodze”. Za nieszablonową wizję upadku amerykańskiej cywilizacji, dostał nagrodę Pulitzera. Bracia Coen zekranizowali jego kolejne dzieło, a mianowicie „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Sam obraz z pewnością zasługuje na osobny wykład (w końcu Joel i Ethan to nie debiutanci). Wspomniana już „Droga” również została niedawno przeniesiona na duże ekrany. Ta częstotliwość kręcenia filmów na podstawie powieści tego autora wynika z swoistej „kinowości” stylu pisania. Nie brakuje natchnionych opisów przyrody, które wcale nie kłócą się z dominującym mrokiem, podłością ludzkich charakterów. McCarthy w Ameryce cieszy się szeroko rozumianą sławą. Paradoksalnie nie wynika ona z braku poszanowania prywatności. Debiutował pod koniec 1965r, ale pierwszego telewizyjnego wywiadu udzielił, gdy miał 74 lata, czyli w roku 2007. Wtedy to Oprah Winfrey dyskutowała na temat wcześniejszych książek ( jeszcze mało znanych w tamtym czasie) i zapoczątkowała „boom” na twórczość tego genialnego pisarza.
„Krwawy południk” miał premierę w 1985 r. Jak dotąd jeszcze nie został sfilmowany. Wszystko dlatego, że proza McCarthy'ego przepełniona jest pewną dozą brutalności i czasem nieuzasadnionej przemocy. Pomysł ekranizacji zawsze będzie się wydawać kontrowersyjny, ze względu na rygorystyczną cenzurę w niektórych krajach. A szkoda, bo "Krwawy południk" to literatura, której konsekwentny styl może budzić uznanie. To proza nie dla wrażliwych osób spragnionych łatwych opowieści. Wystarczy zobaczyć krótkie równoważniki zdań, które zdradzają co nas czeka w kolejnym rozdziale : „Drzewo Martwych Dzieci”, „Ślady Masakry”, „Zamordowani w kościele”, „Głowa kapitana”. Jaki jest sens takiego epatowania przemocą? Zobowiązują do tego dwie rzeczy. Primo, akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie. Secundo, śledzimy losy bandy John Joela Glantona, który jest postacią historyczną. Glanton - były żołnierz armii amerykańskiej, później najemnik i twórca grupy łowców skalpów, która plądrowała południowy zachód Ameryki, zapuszczając się w połowie XIX wieku na terytoria Indian. Osobiście skłaniam się ku opcji nazywania "Krwawego południka" antywesternem, ponieważ w konstrukcji bohaterów brak cech manichejskich. Żadna postać nie jest silnie zindoktrynowana. Każdy posiada własny, niekiedy atawistyczny kodeks. Proza McCarthy'ego demaskuje i demistyfikuje cały XIX wiek utrwalony w amerykańskiej mentalności. Dziki Zachód przestaje być utopią, arkadią dla bogobojnych mężczyzn i spragnionych przygód chłopców. Czytelnik dowiaduje się okrutnej prawdy o postępowaniu białych. Jednak McCarthy nie ucieka do reporterskiego pietyzmu, ponieważ preferuje stosowanie paradoksu - demistyfikacja poprzez styl literacki przypominający mistyczny realizm magiczny. Jedynym elementem jedności wśród łowców skalpów jest wspólne odczuwanie tych samych popędów. Podobnie jak u wielkich modernistów, postaci McCarthy'ego są nieustannie szargane przez konflikt Erosa i Thanatosa. Jednak należy zaznaczyć, że Eros to najczęściej gwałt i ulotność pożądania. Thanatos to tylko i wyłącznie nieuzasadnione okrucieństwo wobec bliźnich. Wszystko to potęguje wrażenie tragizmu grupy okrutników. Każdy kolejny krok po pustyni to systematyczne zbliżanie się w stronę fatum, nieznanego przeznaczenia. Autor książki pozostaje tajemniczy - nie wskazuje jednoznacznej ścieżki interpretacyjnej. I to właśnie jest największa zaleta "Krwawego południka". Czytelnik godzi się na obcowanie z bohaterami i światem przedstawionym dwuznacznie pod względem moralnym i etycznym. Chociaż etyka to najczęściej wytarte pojęcie, które dla Sędziego Holdena jest raczej abstraktem. W świecie książki rasizm jest fikcją. Na tym polega naturalizm, który z pewnością jednych oburzy. McCarthy nie buduje literackich pomników dla żadnej ze stron konfliktu o Dziki Zachód, który w powieści naprawdę nie należy do miejsc, gdzie człowiek może czuć się komfortowo.
Warto wspomnieć o stylu pisania. Cormac McCarthy stworzył poemat. Wstrząsający, przerażający, ale z drugiej strony ujmujący wrażliwością, matematyczną precyzją w opisie zachodów słońca. Porównam to do zasady kontrastu. Między scenami pogromów rdzennej ludności, jesteśmy świadkami romantycznych zjawisk. Autor sprawnie posługuje się odniesieniami biblijnymi. Choć wydaje się to sprzeczne, taki język idealnie współgra z krajobrazami usłanymi trupami. Pozwolę sobie na drobny cytat: „(…)stoczył się w dół po ścianie kanionu, a zawartość koszów wyleciała bezgłośnie w gorące suche powietrze. Spadał w słońcu i cieniu, obracając się w samotnej pustce, aż zniknął w zimnej niebieskiej przestrzeni, która odarła go ze wspomnień w umyśle wszelkiej żywej istoty.”*. Posługując się intertekstualnością tekstów współczesnej literatury, można dostrzec analogię do upadku Lucyfera lub lotu Ikara. Lucyferycznych odniesień jest więcej. Sama kreacja Sędziego nosi wiele takich znamion - monumentalna sylwetka, biel i moralna dwuznaczność. Cytowany upadek i lucyferyczne cechy bohaterów można interpretować jako literacki rozrachunek z człowieczeństwem. McCarthy nie pozostawia złudzeń, co do iluzoryczności ludzkiej potęgi. Każda potęga ma swój kres, stąd jedynym pewnikiem jest nieuchronna efemeryczność człowieka. Amerykański krytyk literacki, Harold Bloom postawił tezę, iż postać Sędziego to najbardziej przerażająca kreacja literacka w amerykańskiej prozie. Można różnie interpretować tą postać. Czy to jest ucieleśnienie Szatana? Czy może to bohater ludzkości? Świadczą o tym fragmenty dotyczące osobliwego przerysowywania przedmiotów do notatnika, by potem to zniszczyć. W jego rękach ważyły się losy nieznanych osób. Odbierał życie lub je darował. Jak już wcześniej wspomniałem, autor książki nie odpowiada na te pytania, zostawiając czytelnika z ogromną niewiedzą.
„Krwawy Południk” mogę porównać do Biblii (poetyckość i mistyczność), „Jądra ciemności" (motyw wędrówki, mroku, zagłębiania się w dalsze okrucieństwo), „Boskiej Komedii” (kolejne rozdziały to nowe kręgi piekła). To powinno starczyć za rekomendację. Jednak pragnę zaznaczyć, że nie każdemu się spodoba takie połączenie. A to ze względu na totalny nihilizm, którego siewcą jest Holden. Brak jakichkolwiek wartości w świecie bazującym na atawizmie tworzy boską symbiozę z mistyką i poetyckością. Gdyby nie fachowość warsztatu literackiego McCarthy'ego, takie połączenie okazałoby się nieprzyswajalne. Jednak amerykański prozaik nie ustrzegł się drobnych potknięć. Do najważniejszych należy zaliczyć rozmiar powieści i nieznośne uciekanie w epickość. Kłóci się to z ogólnym założeniem problematyki. Autor powiela także błąd z poprzednich swoich wydawnictw, a mianowicie znów w pewnych momentach to przyroda staje się głównym bohaterem, co spowalnia tempo akcji. Na dłuższą metę takie dysonanse mogą okazać się męczące dla czytelnika, który nie miał nigdy do czynienia ze stylem powieści sygnowanych nazwiskiem McCarthy'ego.
"Krwawy południk" przeraża, zarazem fascynuje. Obnaża wszystkie iluzje człowieczeństwa i solidaryzmu. Zmusza do ponurej refleksji nad upadkiem cywilizacji, człowieczeństwa. Absolutnie polecam. Szczególnie fanom Faulknera, choć McCarthy jest mniej sentymentalny i bardziej radykalny w swoim demaskatorstwie.

*Cormac McCarthy, „Krwawy południk”, wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010.


niedziela, 25 maja 2014

My Dying Bride - "A Map of All Our Failures"

Polska świeżo po eurowyborach. Niecałe 23% frekwencji fatalnie świadczy o naszej społecznej i obywatelskiej aktywności. 23 to magiczna liczba, do której odnoszę w kontekście zespołu z Halifax. Rok temu brytyjski kwintet obchodził właśnie 23-lecie działalności scenicznej. Wydany z tej okazji ostatni długograj - "A Map of All Our Failures" (z 2012 roku) - jest dowodem na wielką formę zespołu. O jego aktywność nie wypada się martwić.
Krótka podróż w czasie. Lata 90. XX wieku. Deszczowa i ponura Anglia. Wzrost nastrojów dekadenckich. Całe środowisko muzyczne jest napiętnowane śmiercią Iana Curtisa. Ikonowe Black Sabbath marnie dogorywa, publikując kolejne nic nie wnoszące albumy. Wielka Brytania zawsze była wylęgarnią katastrofistów. Nie inaczej było w muzyce gitarowej. Właśnie w tym burzliwym okresie nieformalnie zawiązano "Wielką Trójkę", czyli grupę zespołów tworzących specyficzną odmianę doom metalu (zwanego czasem drugą falą). Oprócz My Dying Bride w skład tego panteonu wchodziły następujące formacje: Anathema i Paradise Lost. Ich pierwsze demówki były materialnym odbiciem ówczesnych inspiracji: maksymalnie wolne gitarowe riffy, posępny growl przypominający głos zza krypty, lekka nuta gotyku i klasycznych harmonii. Z czasem wszystkie zespoły uważane za "Wielką Trójkę" odeszły od początkowego stylu. Niemalże całkowicie porzucono fascynację death metalem. Kierowano się w stronę popularyzacji gothic metalu, który jednak nic nie miał wspólnego z obecnym zjawiskiem na scenie muzycznej. Na płytach Paradise Lost czy Anathemy nie uświadczymy cukierkowatych melodyjek śpiewanych przez długowłose dziewoje otulone w czarne gorsety. Nie uświadczymy również lukrowanych solówek granych na gitarze. Fascynowano się prawdziwą stroną gotyku, czyli wszechogarniającym mrokiem, posępnością, dekadentyzmem i pewną dozą frenetycznego romantyzmu. Inspiracje zwiastują same nazwy zespołów: Anathema - czyli kościelna klątwa, Paradise Lost - tytuł poematu Johna Miltona. Przebogata dyskografia tych dwóch zespołów świadczy o nieustannym poszukiwaniu własnego stylu. Paradise Lost romansował z elektroniką, gotyckim rockem (coś w stylu The Fields of Nephilim), aż w końcu spoczął na próbie restauracji początkowego doom metalu. Z Anathemą jest trochę inaczej. Ich ewolucja najpierw zahaczyła o klasyczny doom, aż w końcu zakończyła się na ostatnich płytach ("Weather Systems", "We're Here Because We're Here"), które ujawniają nową twarz zespołu w post-rockowym i progresywnym świetle. Dla niektórych fanów to zdrada racji stanu, ale dla mnie to pozytywny ruch. Po prostu grupa dowodzona przez rodzeństwo Cavanagh'ów brzmi bardziej przekonująca w delikatnych, ulotnych aranżacjach.
Uważny czytelnik pewnie wyłapał, że celowo nie wspominam o bohaterach mojego tekstu - członkach zespołu My Dying Bride. Jako jedyni z "Wielkiej Trójki" pozostali wierni własnemu, szybko wypracowanemu stylowi. Słusznie, bo po co udoskonalać to, co jest niemal perfekcyjne? Ktoś zarzuci, że każda kolejna płyta jest taka sama. Racja, ciężko od nich już oczekiwać, że zaskoczą odbiorcę nagłą woltą stylistyczną. Ten zarzut okazuje się nietrafiony, gdy zestawimy go z poziomem każdego wydawnictwa sygnowanego marką My Dying Bride. Jedynym detalem, którego łatwo pominąć, jest oszczędność w stosowaniu growlu. Aaron Stainthorpe recytuje, deklamuje, mruczy, zawodzi, krzyczy, ale coraz rzadziej growluje. Moim zdaniem to pozytywna zmiana, ponieważ materiał muzyczny przestaje być przytłaczający i męczący przy dłuższych odsłuchaniach. Należy zauważyć, że MDB regularnie nagrywa i koncertuje od roku 1990. "A Map of All Our Failures" jest już 12 pozycją w dorobku Anglików (wliczając w to zestawienie nieco eksperymentalną "Evintę"). Album jest kontynuacją ścieżki muzycznej obranej ponad 20 lat temu. Utwory wciąż są nieszablonowe, pełne zmian tempa i rytmiki. Gitary wciąż tworzą monumentalną ścianę dźwięku, która ujmuje niespiesznością i dostojeństwem godnym największych mistrzów. Na poprzednim albumie praca perkusji została bardziej uwypuklona. To samo ma miejsce na najnowszym wydawnictwie. Ciekawostką jest, że Shaun Taylor-Steels - nadworny perkusista królów z Halifax - jest tylko muzykiem sesyjnym. Formalności, formalnościami, ale warto skupić się na zawartości "A Map of All Our Failures".
Tytuł albumu zdradza sferę poszukiwań tekstowych Stainthorpe'a. Muzyce towarzyszą teksty, niekiedy poetyckie majstersztyki, które oscylują wokół śmierci, rozpaczy, alienacji i miłości. Tak, MDB to rzadki okaz metalowego zespołu, który nie wstydzi się poruszać wokół tematyki nieszczęśliwych uczuć. Wszystko okraszone łacińskimi i francuskimi wtrąceniami. Nad całością tekstów czuwa wokalista, który jest jednocześnie poetą. I to w typowo brytyjskim stylu. Ucieka do romantycznych, gotyckich toposów, które brzmią niczym relikt dawnej epoki. Tak, w muzyce My Dying Bride bardzo istotne jest słowo. Utwór otwierający płytę - "Kneel Till Doomsday" - zaczyna się biciem kościelnych dzwonów. Drobny zabieg, który automatycznie przenosi słuchacza w mikroklimat muzyki ekipy z Anglii. Śmiało nazwałbym ich twórcami gitarowych nokturnów. Pierwsza kompozycja trwa około 8 minut, ale wcale ten czas się nie dłuży. Zasługa to przede wszystkim partii skrzypiec, które są oszczędnie dawkowane, lecz naprawdę potęgują klimat smutku i melancholii. Nie są one wyeksponowane na pierwszy plan, na którym musiałyby konkurować z charakterystycznym głosem Aarona. Ta charyzmatyczna postać nigdy się chyba nie zmieni. Wciąż uwodzi nas tymi samymi sztuczkami. Robi to z tak ogromną pasją, że wydaje się być bardzo autentyczny. Nic dziwnego, że podczas koncertów śpiewa z zamkniętymi oczami i ogranicza kontakt z publicznością do minimum. Zapamiętałem jedną jego wypowiedź, której udzielił podczas wywiadu z okazji premiery "The Lies I Sire" w 2009 roku. Aaron zaciekle bronił swojej tezy, że każdy kolejny album to dla niego "emocjonalny detox" i w głębi duszy pozostaje sympatycznym człowiekiem, bez krzty ponuractwa. Obcując z kolejnymi utworami, ciężko w to uwierzyć. Smutek wręcz rozsadza każdą kompozycję. Bohaterowie tekstów Stainthorpe'a przypominają antyczne postaci wyjęte ze starogreckich tragedii. Wydają się być oni otumanieni jakimś nienazywalnym fatalizmem, który przytłacza człowieka. Najkrótszy utwór na albumie - "The Poorest Waltz" - jest właśnie muzyczną kulminacją tego niewyobrażalnego smutku rozdzierającego istnienie. Trzeci utwór - "A Tapestry Scorned" - to najlepsza wizytówka współczesnego My Dying Bride. Przywraca wspomnienia o przeszłości (elementy growlingu), jednocześnie wskazuje obecne inspiracje zespołu. Nowością jest wykorzystanie organów, które naprawdę idealnie komponują się z treścią i melodyką utworu.(w twórczości MDB pojawiają się one naprawdę sporadycznie, więc można ten fakt zaliczyć jako coś nowego) Stainthorpe przekonująco opowiada poruszającą historię o miłości, o przeznaczeniu, o śmierci. Słuchacz przenosi się w XIX wiek, kiedy królował dojrzały gotyk w literaturze i malarstwie. Zakochanie utożsamiano z szaleństwem. Każda emocja miała swoje ujście w specyficznej poetyce tych czasów. Moje osobiste skojarzenie to oczywiście proza E.A.Poe (identyczne łączenie Erosa i Thanatosa) i poezja W. Wordsworth'a. Wróćmy do samej muzyki. "Like a Perpetual Funeral" i tytułowy utwór to kompozycje nie odbiegające od dotychczasowej stylistyki zespołu. Ciut mniej monodramatycznej recytacji, ciut więcej przejmującego zawodzenia imitującego śpiew. Tak, jest to rzadki przypadek, kiedy wokalista zespołu stroni od szarżujących wokaliz. "Hail Odysseus" to kolejny przykład zapatrzenia się w tradycję literacką. Muzyka wciąż trzyma wysoki poziom, choć riffy jakoś nie zapadają w pamięć. Gwoli ścisłości, tytułowy utwór także wydaje się być zbyt typowy i oczywisty - brakuje wzbogacenia aranżacji. Jednak końcowe dwa utwory znów wydźwigają MDB na muzyczny piedestał. Taka kompozycja, jak "Abandoned As Christ" dowodzi, że angielska ekipa dowodzona przez Stainthorpe'a rozgościła się na artystycznym Olimpie. Nie musieli niczego udowadniać na nowo, jednak znów zaskoczyli. Tym razem inspiracją ambientem i tekstem. "Where was God when I most needed him?" - te słowa powtarzane z bólem i pasją, przy akompaniamencie apokaliptycznego zwolnienia sekcji rytmicznej, robią piorunujące wrażenie na odbiorcy. Jest to idealne zakończenie solidnej płyty, miejscami zahaczającej o artystyczny geniusz. My Dying Bride znów zdradza receptę na utrzymanie muzycznej długowieczności.

A, brawa za okładkę. Oszczędnie, ale bardzo symbolicznie. Muzyka na nowej płycie jest właśnie takim całunem wieczności.