Krótka podróż w czasie. Lata 90. XX wieku. Deszczowa i ponura Anglia. Wzrost nastrojów dekadenckich. Całe środowisko muzyczne jest napiętnowane śmiercią Iana Curtisa. Ikonowe Black Sabbath marnie dogorywa, publikując kolejne nic nie wnoszące albumy. Wielka Brytania zawsze była wylęgarnią katastrofistów. Nie inaczej było w muzyce gitarowej. Właśnie w tym burzliwym okresie nieformalnie zawiązano "Wielką Trójkę", czyli grupę zespołów tworzących specyficzną odmianę doom metalu (zwanego czasem drugą falą). Oprócz My Dying Bride w skład tego panteonu wchodziły następujące formacje: Anathema i Paradise Lost. Ich pierwsze demówki były materialnym odbiciem ówczesnych inspiracji: maksymalnie wolne gitarowe riffy, posępny growl przypominający głos zza krypty, lekka nuta gotyku i klasycznych harmonii. Z czasem wszystkie zespoły uważane za "Wielką Trójkę" odeszły od początkowego stylu. Niemalże całkowicie porzucono fascynację death metalem. Kierowano się w stronę popularyzacji gothic metalu, który jednak nic nie miał wspólnego z obecnym zjawiskiem na scenie muzycznej. Na płytach Paradise Lost czy Anathemy nie uświadczymy cukierkowatych melodyjek śpiewanych przez długowłose dziewoje otulone w czarne gorsety. Nie uświadczymy również lukrowanych solówek granych na gitarze. Fascynowano się prawdziwą stroną gotyku, czyli wszechogarniającym mrokiem, posępnością, dekadentyzmem i pewną dozą frenetycznego romantyzmu. Inspiracje zwiastują same nazwy zespołów: Anathema - czyli kościelna klątwa, Paradise Lost - tytuł poematu Johna Miltona. Przebogata dyskografia tych dwóch zespołów świadczy o nieustannym poszukiwaniu własnego stylu. Paradise Lost romansował z elektroniką, gotyckim rockem (coś w stylu The Fields of Nephilim), aż w końcu spoczął na próbie restauracji początkowego doom metalu. Z Anathemą jest trochę inaczej. Ich ewolucja najpierw zahaczyła o klasyczny doom, aż w końcu zakończyła się na ostatnich płytach ("Weather Systems", "We're Here Because We're Here"), które ujawniają nową twarz zespołu w post-rockowym i progresywnym świetle. Dla niektórych fanów to zdrada racji stanu, ale dla mnie to pozytywny ruch. Po prostu grupa dowodzona przez rodzeństwo Cavanagh'ów brzmi bardziej przekonująca w delikatnych, ulotnych aranżacjach.
Uważny czytelnik pewnie wyłapał, że celowo nie wspominam o bohaterach mojego tekstu - członkach zespołu My Dying Bride. Jako jedyni z "Wielkiej Trójki" pozostali wierni własnemu, szybko wypracowanemu stylowi. Słusznie, bo po co udoskonalać to, co jest niemal perfekcyjne? Ktoś zarzuci, że każda kolejna płyta jest taka sama. Racja, ciężko od nich już oczekiwać, że zaskoczą odbiorcę nagłą woltą stylistyczną. Ten zarzut okazuje się nietrafiony, gdy zestawimy go z poziomem każdego wydawnictwa sygnowanego marką My Dying Bride. Jedynym detalem, którego łatwo pominąć, jest oszczędność w stosowaniu growlu. Aaron Stainthorpe recytuje, deklamuje, mruczy, zawodzi, krzyczy, ale coraz rzadziej growluje. Moim zdaniem to pozytywna zmiana, ponieważ materiał muzyczny przestaje być przytłaczający i męczący przy dłuższych odsłuchaniach. Należy zauważyć, że MDB regularnie nagrywa i koncertuje od roku 1990. "A Map of All Our Failures" jest już 12 pozycją w dorobku Anglików (wliczając w to zestawienie nieco eksperymentalną "Evintę"). Album jest kontynuacją ścieżki muzycznej obranej ponad 20 lat temu. Utwory wciąż są nieszablonowe, pełne zmian tempa i rytmiki. Gitary wciąż tworzą monumentalną ścianę dźwięku, która ujmuje niespiesznością i dostojeństwem godnym największych mistrzów. Na poprzednim albumie praca perkusji została bardziej uwypuklona. To samo ma miejsce na najnowszym wydawnictwie. Ciekawostką jest, że Shaun Taylor-Steels - nadworny perkusista królów z Halifax - jest tylko muzykiem sesyjnym. Formalności, formalnościami, ale warto skupić się na zawartości "A Map of All Our Failures".
Tytuł albumu zdradza sferę poszukiwań tekstowych Stainthorpe'a. Muzyce towarzyszą teksty, niekiedy poetyckie majstersztyki, które oscylują wokół śmierci, rozpaczy, alienacji i miłości. Tak, MDB to rzadki okaz metalowego zespołu, który nie wstydzi się poruszać wokół tematyki nieszczęśliwych uczuć. Wszystko okraszone łacińskimi i francuskimi wtrąceniami. Nad całością tekstów czuwa wokalista, który jest jednocześnie poetą. I to w typowo brytyjskim stylu. Ucieka do romantycznych, gotyckich toposów, które brzmią niczym relikt dawnej epoki. Tak, w muzyce My Dying Bride bardzo istotne jest słowo. Utwór otwierający płytę - "Kneel Till Doomsday" - zaczyna się biciem kościelnych dzwonów. Drobny zabieg, który automatycznie przenosi słuchacza w mikroklimat muzyki ekipy z Anglii. Śmiało nazwałbym ich twórcami gitarowych nokturnów. Pierwsza kompozycja trwa około 8 minut, ale wcale ten czas się nie dłuży. Zasługa to przede wszystkim partii skrzypiec, które są oszczędnie dawkowane, lecz naprawdę potęgują klimat smutku i melancholii. Nie są one wyeksponowane na pierwszy plan, na którym musiałyby konkurować z charakterystycznym głosem Aarona. Ta charyzmatyczna postać nigdy się chyba nie zmieni. Wciąż uwodzi nas tymi samymi sztuczkami. Robi to z tak ogromną pasją, że wydaje się być bardzo autentyczny. Nic dziwnego, że podczas koncertów śpiewa z zamkniętymi oczami i ogranicza kontakt z publicznością do minimum. Zapamiętałem jedną jego wypowiedź, której udzielił podczas wywiadu z okazji premiery "The Lies I Sire" w 2009 roku. Aaron zaciekle bronił swojej tezy, że każdy kolejny album to dla niego "emocjonalny detox" i w głębi duszy pozostaje sympatycznym człowiekiem, bez krzty ponuractwa. Obcując z kolejnymi utworami, ciężko w to uwierzyć. Smutek wręcz rozsadza każdą kompozycję. Bohaterowie tekstów Stainthorpe'a przypominają antyczne postaci wyjęte ze starogreckich tragedii. Wydają się być oni otumanieni jakimś nienazywalnym fatalizmem, który przytłacza człowieka. Najkrótszy utwór na albumie - "The Poorest Waltz" - jest właśnie muzyczną kulminacją tego niewyobrażalnego smutku rozdzierającego istnienie. Trzeci utwór - "A Tapestry Scorned" - to najlepsza wizytówka współczesnego My Dying Bride. Przywraca wspomnienia o przeszłości (elementy growlingu), jednocześnie wskazuje obecne inspiracje zespołu. Nowością jest wykorzystanie organów, które naprawdę idealnie komponują się z treścią i melodyką utworu.(w twórczości MDB pojawiają się one naprawdę sporadycznie, więc można ten fakt zaliczyć jako coś nowego) Stainthorpe przekonująco opowiada poruszającą historię o miłości, o przeznaczeniu, o śmierci. Słuchacz przenosi się w XIX wiek, kiedy królował dojrzały gotyk w literaturze i malarstwie. Zakochanie utożsamiano z szaleństwem. Każda emocja miała swoje ujście w specyficznej poetyce tych czasów. Moje osobiste skojarzenie to oczywiście proza E.A.Poe (identyczne łączenie Erosa i Thanatosa) i poezja W. Wordsworth'a. Wróćmy do samej muzyki. "Like a Perpetual Funeral" i tytułowy utwór to kompozycje nie odbiegające od dotychczasowej stylistyki zespołu. Ciut mniej monodramatycznej recytacji, ciut więcej przejmującego zawodzenia imitującego śpiew. Tak, jest to rzadki przypadek, kiedy wokalista zespołu stroni od szarżujących wokaliz. "Hail Odysseus" to kolejny przykład zapatrzenia się w tradycję literacką. Muzyka wciąż trzyma wysoki poziom, choć riffy jakoś nie zapadają w pamięć. Gwoli ścisłości, tytułowy utwór także wydaje się być zbyt typowy i oczywisty - brakuje wzbogacenia aranżacji. Jednak końcowe dwa utwory znów wydźwigają MDB na muzyczny piedestał. Taka kompozycja, jak "Abandoned As Christ" dowodzi, że angielska ekipa dowodzona przez Stainthorpe'a rozgościła się na artystycznym Olimpie. Nie musieli niczego udowadniać na nowo, jednak znów zaskoczyli. Tym razem inspiracją ambientem i tekstem. "Where was God when I most needed him?" - te słowa powtarzane z bólem i pasją, przy akompaniamencie apokaliptycznego zwolnienia sekcji rytmicznej, robią piorunujące wrażenie na odbiorcy. Jest to idealne zakończenie solidnej płyty, miejscami zahaczającej o artystyczny geniusz. My Dying Bride znów zdradza receptę na utrzymanie muzycznej długowieczności.
A, brawa za okładkę. Oszczędnie, ale bardzo symbolicznie. Muzyka na nowej płycie jest właśnie takim całunem wieczności.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz