Matana Roberts to awangardowa artystka silnie związana z nowojorską sceną muzyczną. Od dzieciństwa towarzyszy jej muzyka jazzowa. W końcu pochodzenie do czegoś zobowiązuje - Chicago. Ale nie warto się przejmować biograficznymi informacjami. Za to koniecznie trzeba zapamiętać rok 2011 jako początek cyklu nazwanego "Coin Coin". Tematyka tych muzycznych kompozycji oscyluje wokół historii, dziejów przodków, duchowego dziedzictwa i pamięci. Istnieje ogromne ryzyko przy produkcji takich albumów. Można łatwo popaść w dziecinną dydaktykę i moralizatorstwo lub radykalną martyrologię. Matana poszła inną ścieżką. Eksploruje amerykańską historię czarnoskórych niewolników i późniejszych ich potomków w sposób intymny, osobisty, wręcz kameralny. Artystka imponuje przy tym niezwykłą dojrzałością. Nie tylko muzyczną. Nie ma miejsca na kompromisy bądź nienaturalne niedomówienia. Nad pierwszą płytą z cyklu dominuje aura naturalistycznego ekshibicjonizmu, który nie wydaje się być pozorowany. Album zaczyna się improwizowanym sztormem w postaci opętańczej linii saksofonu Matany. Warto podkreślić, że każda kompozycja imponuje bogactwem pomysłów i obfitą paletą muzycznych emocji. "Rise" to przykład harmonijnej aranżacji. Ten utwór przesiąknięty jest charakterystyczną melancholią typową dla rasy negroidalnej. Niemal słyszalna jest pokora, z jaką przodkowie Matany godzą się na wszystko to, co spotkało ich ze strony panującej klasy w dziewiętnastowiecznych Stanach Zjednoczonych. Pierwszy utwór płynnie przechodzi w kolejny. Taki zabieg podkreśla konceptualizm całego albumu. "Pov Piti" to wizytówka muzyki tworzonej przez nowojorską saksofonistkę. Pierwsze dwie minuty to rozdzierający, pełen pasji krzyk artystki, który momentami przypomina jęk nie przypominający nic człowieczego. Ta krótka dawka wielkich emocji może przytłoczyć słuchacza i zniechęcić go do dalszego obcowania z dziełem Roberts. Tak, pierwsza odsłona cyklu nie należy do albumów, których można słuchać z uśmiechem na ustach. Muzyka autentycznie potrafi sponiewierać słuchacza, który nastawiony jest na otrzymanie tanich emocji oprawionych w proste kompozycje. "Pov Piti" miejscami zahacza o ambient łączony z tradycyjnymi melodiami, które wciąż są przepełnione nostalgią i melancholią. Sama końcówka utworu jest wręcz depresyjna. Warto zestawić sobie album Matany Roberts z filmami powstałymi wskutek boomu na kino rozrachunkowe rodem z Hollywood. "Kamerdyner" czy "Zniewolony" wypadają blado w konfrontacji z muzyką i narracją artystki nowojorskiej. Reżyserowie tych filmów ulegli pokusie pójścia na łatwiznę i po najmniejszej linii oporu. Ich artystyczna wizja polegała na kreacji typowej laurki, która miała wynagrodzić wszystkie lata upokorzeń i cierpień. Sam zamysł może jest pozytywny, ale realizacja dość przykra dla każdej ze stron. W szczególności dla młodych koneserów kina. Klarowny podział na złych i dobrych przypomina zabieg rodem z pociesznych westernów. Matana osiągnęła przewagę nad kolegami z Hollywood tym, że stworzyła muzyczną wizję świata pełnego ofiar i katów. Z tą różnicą, że nie ma tutaj oczywistego cierpiętnictwa w imię ogółu lub myśli abolicjonistycznej. Dramat bohaterki tych kompozycji dotyka najgłębiej, ponieważ jest osobisty i dotyczy jej najbliższego otoczenia: dziecka, rodziny. Polem walki i tragedii jest własne ciało kobiety - hańbione i szargane. "Song for Eulalie" swoim początkowym fragmentem przynosi nieco wytchnienia po depresyjnym poprzednim utworze. Muzyka staje się bardziej wzbogacona orkiestrą. Przenosimy się w czasie do lokalów, gdzie królował jazz. Receptą na podtrzymaniu uwagi odbiorcy jest zabawa artystki z dynamiką, która zaskakuje swoją nieprzewidywalnością. Czasem zakradną się detale, które wydają się być zgrzytami, jednak w kontekście całości kompozycji są one ważnymi elementami układanki o nazwie "Coin Coin". Środek płyty, a w szczególności utwór "Kersaia" prowadzi nas w stronę wehikułu czasu. Cofamy się w czasie do początku XX wieku. W jazzowych lokalach panowała aura zabawy i typowo amerykańskiej sielanki. Sama narracja tekstowa przypomina blues. Ta sama gadatliwość i skłonność do opowiadania historii. Wszystko to przykuwa uwagę słuchacza, który nieustannie obcuje z wyżej wspomnianą paletą emocji - nie ma tutaj ponurego cierpiętnictwa. Na albumie można również znaleźć elementy chóru śpiewającego a'capella. Wszystko to jednak z typową dla Matany kameralnością i wyciszeniem. Artystka hołduje tradycji - nie próbuje definiować na nowo historii muzyki. Nie ma miejsce na szalone eksperymenty, raczej na dojrzałą awangardę z dojrzałym wykorzystaniem tradycji kultury. Szósty utwór przynosi prawdziwe ukojenie. "Lulla/Bye" jest w istocie tradycyjną kołysanką. Sen jako czas wytchnienia. Sen jako czas regeneracji. Roberts swoją muzyką podkreśla, że homogenizacja grupy czarnoskórych była w pełni uzasadniona. Zewnętrzny świat kojarzył się z bólem. Hermetyczność społeczności afroamerykańskiej pozwoliła zachować kulturową odrębność, czego dowodem jest muzyka na tej płycie. Korzenie są w pełni słyszalne, lecz rażą archaicznością. Wręcz przeciwnie, Matana odkrywa na nowo bogactwo tej kultury. Zaskakuje zakończenie pierwszej odsłony cyklu "Coin Coin". Utwór "How Much Would You Cost?" ujmuje autoironią. Jest sztuką odkrywać wszystkie odsłony historii i emocjonalności człowieka, nie popadając przy tym w sztuczne emanowanie naturalizmem i ohydą. Ekshibicjonizm artystki nie przypomina kolejnej pozy. "Coin Coin" powala przede wszystkim dojrzałością i konsekwencją w aranżacji. Nie ma miejsca na eksperyment. Saksofonistka stworzyła muzyczny totem poświęcony przodkom. Jego surowość i wielowyrazowość przytłacza odbiorcę, który raczej nie jest przyzwyczajony do obcowania z absolutnym dziełem sztuki. Bo w takich kategoriach należy rozpatrywać album Matany Roberts "Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres". Nie da się słuchać tej muzyki bez historycznego kontekstu. Tak samo nie da się opowiadać tych historii bez odpowiedniego kultywowania tradycji kulturowych. Absolutny mus dla fanów współczesnego jazzu. Nawiązując do utworu "I Am", cieszę się, że jesteś. Choć Twoja muzyczna obecność przeszywa emocjonalnym bólem każdą cząstkę człowieczeństwa. Budujący jest fakt, że w dobie bezpłciowych i nijakich produktów muzycznych pojawia się takie cudo, które przytłacza autentyzmem i pasją.
Na deser link.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz