czwartek, 22 maja 2014

BADBADNOTGOOD - III

Majowe upały w zachodniej Polsce automatycznie kojarzą się z muzyką leniwą, niespieszną, idealną do ocierania zastygłych kropelek potu podczas stania w kolejce do kasy. Na fali entuzjazmu spowodowanego ostatnimi odkryciami muzycznymi (Baths, Amen Dunes, Forest Swords) postanowiłem rozpocząć eksplorację zasobów internetu, by odnaleźć brakujące dźwiękowe elementy. Niestety, moja baza wypadowa, czyli Pitchfork, tym razem mocno zawiodła - zero świeżych dźwięków, rzemieślnicze popłuczyny po hitach ostatnich lat w alternatywnym światku. Ostatnią deską ratunku był nieśmiertelny last.fm. Moja wyobraźnia muzyczna zażyczyła sobie tym razem wariacji na temat muzyki ulicy - tej najbardziej organicznej i industrialnej, czyli pełnej wewnętrznych paradoksów. Po kilkunastu minutach poszukiwań w końcu odszukałem mój raj utracony. Wybór padł na zespół o dziwnej, mocno krzyczącej nazwie - BADBADNOTGOOD. Spodziewałem się stylu wypracowanego poprzez silną inspirację dokonaniami Death Grips bądź Flying Lotus. Czyli hip-hop nieco bardziej kreowany na instrumentalną mozaikę urbanizacyjnych sprzeczności. W tak zwanych międzyczasach poczytałem coś o samym zespole. Trzech studentów z Toronto udało się na pozornie nudne wykłady jazzowe w Humber College. Opętana rytmika połączyła się z szaleńczymi aranżacjami przypominającymi awangardowy hip-hop. Dla fanów eksperymentów nie brzmi to jak oszałamiająca nowość. Ja też pozostawałem sceptyczny. "Ot, kolejny pomniczek wystawiony dla Ellisona" - pomyślałem. Jednak majowe upały pozwoliły na rozkład mojego rozsądku. I chwała im za to. Chwała też chłopakom z BBNG za to, że pod pozorem sztampy kryje się sztuka.
Trzecia płyta w dorobku BBNG została nazwa bardzo prosto - III (poprzednie albumy również nie pozostawały złudzeń, co do chronologii wydawania). Zabieg znany między innymi z polityki Crystal Castles. Nie o tytuły się rozchodzi, a o zawartość. I tutaj plusik na konto ekipy z Kanady. Nie ma silenia się na wymyślne zawijasy językowe. Muzyka sama się broni, nie potrzeba żadnego grama lingwistycznych szarad. Płyta wydana na początku maja tego roku trwa niecałe 49 minut. Odbiorca znajdzie na niej 9 utworów, z czego dwa najdłuższe - "Kaleidoscope" i "CS60" oscylują wokół 7 minut. Pierwszy kawałek zatytułowany "Triangle" dobrze sprawdza się w roli otwieracza. Wszelkie porównania z Flying Lotus bądź Death Grips są bezpodstawne. Ten niezbyt długi utwór przypomina akademicki sprawdzian ze znajomości klasyki jazzowej - typowych harmonii, rytmów i pasaży jest tu całe mnóstwo. Nad całością czuwa duch zgrabnej, delikatnej melodyki, której korzeni należy szukać w chicagowskich klubach. Jednak nie ma tutaj tych prób spajania klasycznego jazzu z klasycznym hip-hopem. Eksperymentów należy szukać dalej. "Can't leave the night" - drugi album reklamuje całą płytę. Czy to słuszny wybór? Jak najbardziej. Wciąż mamy echa młodzieńczej tęsknoty za starym jazzem. Jednak nie jest to ślepa afirmacja bez krzty oryginalności i nowatorstwa. W tle pobrzmiewa pulsujący bas, który jednoznacznie wskazuje poszukiwania muzyczne załogi z Kanady. Silny wpływ na tę kompozycję miał bez wątpienia Flying Lotus. Eteryczność i mrok tworzą zabójczą mieszankę. Jednak warto słuchać dalej. Trzeci utwór to spora niespodzianka (jeżeli o niespodziankach można mówić w przypadku kapeli eksperymentalnej) ze względu na gościnny udział Lelanda Whitty'ego - saksofonisty z Toronto. Rozbudowa praca perkusji prowadzi genialny dialog z szarżującym saksofonem. Utwór wciąż mocno jazzowy, wręcz typowy dla gatunku, jednak w pewnych momentach pobrzmiewają echa nowoczesnej muzyki miasta - pełnej industrialnego szumu. "Kaleidoscope" - największa perła, oszlifowany diament, polisa w dłoniach jubilera. Najdłuższy utwór na płycie z najbardziej poplątaną strukturą. Jest to muzyczne starcie tradycji z anarchizującą nowoczesnością. Każda sekunda tej kompozycji to dźwiękowa polifonia dysonansów, które wspólnie tworzą piękną całość. W okolicach czwartej minuty, możemy rozkoszować się przesterowaną solówką linii basowej. Tutaj też jest słyszalna cecha twórczości BBNG, a mianowicie nad eksperymentami i niecodziennymi spotkaniami dominuje charakterystyczna melodyka przypominająca mieszankę nuty improwizacyjnej z ścieżkami do filmów noir. Po wysłuchaniu tego utworu musiałem chwilkę przystanąć, zaczerpnąć tchu. Nic dziwnego, że nad rozwojem BBNG czuwa niejaki Tyler, the Creator, który znany jest ze swojego zmysłu, jeżeli chodzi odkrywanie istotnych talentów, które rozwijają się z prędkością meteorów, a nie gasną w pobliżu większej sławy. Kolejna kompozycja na III to "Eyes Closed". Tytuł to wskazówka, w jaki sposób należy obcować z tym utworem. Za ścianą zamkniętych powiek roztacza się muzyczna wizja kosmosu, ale nie tego generowanego komputerowego, podobnego do Grawitacji, lecz surowego, przerażającego w swojej amorficzności. Tutaj duży udział ma praca elektroniki, która przypomina o ulicznych inspiracjach. Na upartego można jeszcze powiązać BBNG do francuskich pionierów atmosferycznej elektroniki. Z czterema pozostałymi utworami na płycie mam spory problem. Moim zdaniem, tworzą one zbyt przytłaczający monolit. Powinny zostać przełamane czymś w stylu otwierającego "Triangle". Im bliżej końca płyty, tym zespół bardziej odpływa w nieznane nikomu rejony (no dobra, wyłączając Frippa), których eksploracja przysparza ogromną radość słuchaczowi. Dominują kosmiczne pasaże, zmiany tempa i monumentalna spójność. Warto podkreślić rolę fortepianu w niektórych utworach ("Differently, Still"), który przenosi nas w czasie. Zadymione lokale przepełnione jazzowym ciepłem, który jeszcze jest rozpalany hektolitrami whiskey. Ogromną zaletą muzyki BBNG jest ograniczenie matematyki w kompozycjach. Utwory nie są naszpikowane techniczną wirtuozerią, bo tylko przysłaniałaby ona prawdziwe piękno. Wielkie piękno. Aż żal, że ta płyta się kończy. Człowiek zostaje pozostawiony sam, jedynie ze wspomnieniem tej leniwości i melancholii. Wiele określeń pasuje do nowej płyty BBNG, ale na pewno nie można stwierdzić, że członkowie zespoły archaizują własną muzykę. Dowodem tego jest przedostatni utwór - "Since You Asked Kindly", który jest skutkiem pobrania pierwiastka historycznego i podania go we własny, nowatorski sposób.
Upał wciąż nie daje żyć człowiekowi. Na całe szczęście, można jakoś sobie to wynagrodzić. BBNG swoim nowym albumem potwierdzają wysoko pozycję wśród kapel eksperymentalnych. Kandydat do płyty roku. Życzyć można powodzenia. I kreatywności w wymyślaniu nazw płyt. Oby równie udanych jak III.
Drobne ogłoszenie parafialne: Kochana redakcjo Pitchforka! Nadrabiać zaległości, bo dyskryminowanie BBNG jest wręcz naganne.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz