Sir Terence David John Pratchett. Dla przyjaciół po prostu Terry. Szczęśliwy posiadacz Orderu Imperium Brytyjskiego. Znając podejście niektórych jego bohaterów, taki fakt nie spotkałby się z doniosłymi fanfarami, raczej z subtelną drwiną przykrytą zwiewnym płaszczem ironii. Pratchett jako twórca cyklu "Świat Dysku" może czuć się jak prawdziwy zbawca ludzkości. Podobnej miary, co Thomas Alva Edison. Z tą, że różnicą, że Amerykanin oświecił masy żarówką, a Anglik użył do tego celu własnej wyobraźni i niewątpliwego humoru. Pratchett średnio dwa razy w roku publikuje nową książkę. I za każdym razem, pod zasłoną fantastyki wymierza satyryczny cios rzeczywistości, która dzieje się tu i teraz.
"Wyprawa czarownic" to moja ósma przygoda z tym cyklem. Zacząłem dość niefortunnie, bo sięgnąłem po "Łups", który na kilka miesięcy mnie zniechęcił do ruszania czegokolwiek, co jest sygnowane nazwiskiem Terry'ego. Jednak kolejne książki wyrwały mnie z tego marazmu. Zacząłem coraz bardziej doceniać sam styl autora, jak i aktualność myśli bohaterów. Koniec dygresji, czas przejść do sedna recenzji.
"Wyprawa czarownic" to 12 książka będąca zakorzeniona w ideologii Świata Dysku. Główna oś fabularna opiera się na podróży trzech czarownic, by uratować cały świat, który zamyka się w murach Genoi. Ale to nie fabuła jest najistotniejsza w książkach Pratchetta. Służy ona jedynie za pretekst, by popisać się mistrzowskim humorem i błyskotliwością sentencji niektórych bohaterów lub bohaterek. "Wyprawa czarownic" to powieść zdominowana przez pierwiastek kobiecy. Potwierdza się moja teza, że angielski powieściopisarz jest doskonałym znawcą skomplikowanej natury kobiecej. Zainteresowanych odsyłam do "Potwornego regimentu", który wydaje się być idealnym kluczem do poznania kobiecych nawyków i odruchów. Należy zaznaczyć, że specyficzna kreacja kobiety w Świecie Dysku nie jest literackim upustem szowinistycznych zamiarów autora. Fakt, trzy czarownice podróżujące na druki koniec Świata nie należą do elity intelektualnej lub nie popisują się erudycją. Jednak nadrabiają intuicją, sprytem i trzeźwością oceny sytuacji (choć w przypadku jednej z nich - Niani Ogg - trzeźwość to wypicie jednym duszkiem kilku kieliszków absyntu). Kobiety wzbogacają Świat Dysku i to one decydują o tym, co nastąpi. Są absolutnymi paniami opowieści. Podobnie jak w rzeczywistości.
"Wyprawa czarownic" to klasyczna powieść drogi. Trzy kobiety opuszczają swoje rodzinne gniazdo i udają się do odległej Genoi, by po raz kolejny uratować od zagłady dworskie elity tamtejszego rodu. Główna problematyką wydaje się być kwestia emancypacji kobiet. Najmłodsza z nich, czyli Margrat zostaje spadkobierczynią różdżki swojej poprzedniczki - Dezyderaty Hollow. Młoda adeptka magii zyskuje również ogromną wiedzę na temat tego, co w mentalności hermetycznej grupy czarownic jest zakazane. Chodzi przede wszystkim o poszukiwanie własnego ja. Podróż do Genoi to odkrywanie siebie. Dokonuje się to poprzez interakcję z obcym otoczeniem, czymś nieznanym i niepojętym. Konserwatywność w poglądach pozostałych czarownic została zaprezentowana mocno groteskowo. Głównie na absurdzie i grotesce opiera się cały humor powieści. Świadczy o tym przezabawna kreacja Esmeraldy Weatherwax lub Niani Ogg. Kobiety wstydzą się nagości, wszystkiego związanego z cielesnością i seksualnością. Walczą z tymi tematami tabu własnym ubiorem. Cztery kamizelki i potrójna warstwa spódnic to nic nowego w kontekście mody panującej na sabatach. Tak, sabaty w Świecie Dysku nie są ściśle związane z tańcami nago przy kotłach. Każde stereotypowe wyobrażenie zostaje błyskawicznie obalone bądź jeszcze bardziej pogłębione, co stwarza wrażenie absurdalnej deformacji. O byciu czarownicą decyduje nie wiedza, lecz kapelusz, który obowiązkowo musi być spiczasty. Symbolicznym aktem przemiany jest pewna scena z końcowych fragmentów "Wyprawy czarownic". Spotkana na bagnach czarownica praktykująca voodoo uroczyście wręcza głównej bohaterce nowy kapelusz. Stworzony z samych owoców. Zostaje on przyjęty, co zwiastuje lekką zmianę w mentalności bohaterek.
Każda postać jest wyjątkowa. Nie jest jedynie literackim zbiorem kilku cech. To dla tych postaci czyta się "Wyspę czarownic" z narastającym zaciekawieniem. Pratchett, kreując tak wyraziste bohaterki, próbuje stworzyć aluzję do ludzkich zachowań. W pewnych momentach powieść przypomina ironiczny podręcznik podróżowania. Mocno kontrastuje się obcość latających na miotłach czarownic z odmiennością obyczajów ludów, które są odwiedzane w trakcie podróży. W niektórych karczmach nikt nie słyszał o magii, co mocno szokuje główne bohaterki. Każdy turysta pewnie spotkał się z zaporą językową. Rozmowa z tubylcem nie znającym angielskiego przypomina często chaotyczne wymyślanie jednorazowego esperanto, które jest lingwistycznym zlepkiem kilku języków plus impulsywnej gestykulacji. To właśnie spotyka Nianię Ogg, gdy pragnie zamówić cokolwiek w karczmie. Uniwersalnym sposobem na komunikację w obcych krainach, jest podniesienie głosu. Absurd tej sytuacji jest po prostu przezabawny. Ciężko opisywać kolejne detale, które decydują o formie humoru Pratchetta. "Wyspa czarownic" traci na wartości, gdy się ją czyta pospiesznie. Trzeba poświęcić kilka minut więcej, by przepaść w ten specyficzny świat pełen drobiazgów i drobnych miniatur, które są wartością dodaną każdej pozycji z cyklu Świata Dysku.
Pratchett próbuje nam przekazać siłę tolerancji. Wzrastający szacunek dla odmienności pozwala bohaterkom powieści unifikować się, aby osiągnąć zamierzony cel. Może nie jest to jakaś odkrywcza myśl, jednak rzadko który twórca potrafi w książce humorystycznej (opierając się na fantastyce) przemycić kilka zgrabnych obserwacji natury ludzkiej. Przecież podróż czarownic jest niemalże kalką naszych rodzimych wojaży do obcych państw. Zawsze dostajemy szoku, zderzając się z obcością. Zawsze próbujemy odnaleźć przytułek przypominający o oddalonym mile morskie domu. Są to pewne stałe odruchy ludzkie, które Pratchett potrafi z chirurgiczną precyzją wypunktować, lekko moralizując przy tym czytelnika. I właśnie ten dydaktyzm potrafi być nieco zbyt wymuszony i pretensjonalny. Rozumiem, gdy niejako automatycznie wynika z zaistniałej sytuacji, lecz najgorszy kształt ów dydaktyzm przybiera, gdy każdy element wątku został stworzony tylko po to, by oświecić odbiorcę jakąś niezbyt odkrywczą myślą. W "Wyspie czarownic" występują jedynie śladowe ilości takiego manichejskiego moralizatorstwa, co jednak jest pewną wadą książki.
Warto wspomnieć, że Pratchett stworzył opowieść o opowieściach. Czarownice ufają poglądowi, że pewne historie dokonują się cyklicznie, zmieniając tylko bohaterów. Dlatego nie mogą być zaskoczone, gdy na swojej drodze spotykają Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka. Oczywiście każda baśń zostaje zdemistyfikowana. Wilk pukający do chatki chorej babci to stworzenie miotające się w rozdwojeniu jaźni: pierwiastek wilczy kłóci się z pierwiastkiem ludzki. Komizm baśniowych wątków opiera się na łamaniu stereotypów i próbie tworzenia opowieści od nowa.
Również narrator spełnia istotną rolę. Wprowadza nas w zawiły świat mechanizmów rządzących Dyskiem. To właśnie on wzbogaca lekturę o dygresje pozornie niezwiązane z nurtem powieści. Dla przykładu cytat: "Chleb krasnoludów był doprawdy cudowny: nikt nie cierpiał głodu, jeśli miał choć trochę chleba krasnoludów do uniknięcia. Wystarczyło popatrzeć na niego przez chwilę, a natychmiast przychodziło człowiekowi do głowy mnóstwo innych rzeczy, które wolałby zjeść. Własne buty, na przykład. Góry. Owce na surowo. Swoje stopy." *.
Rozczarowuje nieco zakończenie. Znów istnieje pewna zależność typowa dla książek Pratchetta. Genialne pierwsze 100 stron, gdzie poznajemy bohaterów i ich współzależności. Potem musimy przebrnąć przez kilkadziesiąt stron, które przyspieszają akcję. A na końcu czeka nas zakończenie, które wydaje się niedopracowane - jakby autor uparł się, że powieść zmieści się w 260 stronach. Takie podziały sprawiają, że czytelnik ma wrażenie schematyzmu. Jednak "Wyprawa czarownic" nie posiada aż tak chaotycznego zakończenia, jak inne książki Pratchetta.
Pozwolę sobie nazwać Pratchetta ironicznym Szekspirem fantastyki. Wiele łączy autora "Wyspy czarownic" z genialnym dramatopisarzem. Pochodzenie. Bazowanie na humorze, który podszyty jest kpiną z obyczajowości ludzkiej. Talent do obserwacji natury ludzkiej. I pewien schematyzm, który przy masowej publikacji dzieł sprawiał wrażenie zbyt namolnego. Porównaniu z Szekspirem sprzyja jeszcze inny szczegół, a mianowicie fascynacja kobietą jako jednostką, która potrafi zmienić bieg rzeczy. W kontekście fabuły "Wyspy czarownic", mowa oczywiście o biegu opowieści.
A, na koniec jeszcze genialny cytat. Istna perełka wśród diamentów:
"Rasizm na Dysku nie stanowił problemu, ponieważ - przy wszystkich trollach, krasnoludach i innych -
gatunkizm był o wiele ciekawszy. Biali i czarni żyli w doskonalej zgodzie i wspólnie prześladowali zielonych." **. Chyba tylko Anglik mógłby coś takiego wymyślić.
* Terry Pratchett, "Wyprawa czarownic", wyd.Prószyński i S-ka, tłum.Piotr W.Cholewa, s.100
** Terry Pratchett, "Wyprawa czarownic", wyd.Prószyński i S-ka, tłum.Piotr W.Cholewa, s.143