czwartek, 29 maja 2014

Ballada o romantyczności 2.0 - "Her" - recenzja

O "Her" było głośno niemal przez cały rok. Polska premiera odbyła się w Walentynki tego roku. To powiązanie idealnie uwypukla profil filmu. Jest to romantyczna opowieść dla wrażliwych. Czy dla par i wszystkich zakochanych? Niekoniecznie.
Głównym bohaterem jest Theodore Twombly (Joaquin Phoenix) - samotny pisarz dorabiający w korporacji produkującej seryjnie listy. To on, w imieniu wszystkich nieśmiałych osób, próbuje wyznać miłość, przeprosić lub prosić o drugą szansę anonimowych adresatów. Całkowicie przy tym zatraca siebie, ponieważ w pisanie tych emocjonalnych wyznań angażuje całą swoją wyobraźnię, pobudzając wszystkie zmysły odpowiedzialne za uczucia. Jednak ta niezwykle empatyczna praca kontrastuje się z prywatnym życiem Theodore'a. Jego egzystencja opiera się alienacji, opuszczeniu, nieustającej grze pozorów. Relacje interpersonalne zamykają się w kręgu kilku zaklęć, które w teorii mają zapewnić otrzymanie świętego spokoju: "u mnie wszystko w porządku", "jest naprawdę ok", "trzymaj się, na pewno oddzwonię". Samotny pisarz buduje wysoki mur oddzielający go od rzeczywistości. Nie pragnie integracji ze światem, który cechuje się automatyzmem, schematyzmem, niewrażliwością. Spike Jonze kreuje reżyserską wizję uniwersum, która faktycznie przypomina dystopię. Wewnętrznie spójny wizerunek przyszłości nie jawi się interesująco dla osób pokroju Twombly'ego - persony o skłonnościach ulegania melancholii, pragnieniom eskapizmu. Reżyser stworzył przerażające uniwersum, które wydaje się uzasadnionym następstwem aktualnej sytuacji społeczeństw masowych. 
Odpowiedzią Theodore'a na dręczącą samotność jest akt zakupu najnowszej nowinki technologicznej - systemu operacyjnego, który został zaprojektowany po to, by posłusznie spełnić wszystkie pragnienia użytkownika. Oczywiście, autorzy tego systemu nie przypuszczali, że ktoś będzie w stanie zakochać się w głosie systemu operacyjnego. Niepoprawna miłość jest naturalną konsekwencją fascynacji Theodore'a nowym oprogramowaniem. A konkretniej rzecz ujmując, samym kobiecym głosem. Twombly nie potrafi się oprzeć zmysłowości, ezoteryczności dźwięku mowy syntezatora w systemie operacyjnym. Ta diabelsko przekonująca wizja to zasługa Scarlett Johansson, która użyczyła swoich strun głosowych sztucznej inteligencji, która podaje się za Samanthę. Przez ponad dwie godziny widz obcuje z niesamowitym popisem aktorstwa dwóch osób: Phoenixa i Johansson. Para ta stworzyła filmowy duet na miarę postaci z obrazu Arthura Penna - "Bonnie i Clyde". Z tą różnicą, że Jonze nie sili się na archaizację uczucia rodzącego się pomiędzy Samanthą a dorosłym mężczyzną. Wszystko jest podane w sposób wytrawny: brak oczywistego sentymentalizmu i dydaktyzmu. Nad emocjami bohaterów ciąży przeznaczenie nieuchronnej klęski, nad którym ciąży chłodny obiektywizm reżysera. Nikt nie próbuje pouczać. "Her" nie należy do grupy filmów piętnujących dane zjawisko. Oczywiście, wykreowana wizja nie jest optymistyczna. Najważniejszym zadaniem przy próbie opowiadania historii dwojga głównych bohaterów była wstrzemięźliwość w operowaniu łatwymi emocjami, które automatycznie kupi odbiorca. Reżyserowi (będącym autorem także scenariusza) ta sztuka się udała. 
Cały obraz utrzymany jest w pastelowych barwach - nie ma tutaj ponuractwa. Bohater, miasto, jak i całe otoczenie, jest poddany zabiegowi uniwersalizacji. Każda aglomeracja może stać się miejscem rozgrywania podobnego dramatu - konfliktu człowieczych potrzeb bliskości z postępującą komputeryzacją prywatnych sfer życia ludzkiego. "Her" to dwugodzinne starcie ginącego powoli romantyzmu, którego przedstawicielem jest właśnie postać grana przez Phoenixa, z cybernetyką, której granice z rzeczywistością uległy błyskawicznemu rozmyciu. Dla dwójki bohaterów (Theodore i jego przyjaciółka - Amy) cyberprzestrzeń jest dosłownie wszystkim. To tam są ulokowane ujścia ich ambicji, samorealizacji, marzeń, szczęścia, wreszcie miłości. Para przyjaciół tworzą postaci, które bardzo dobrze znamy ze swoich doświadczeń. Przecież każdy ma neurotycznego znajomego, który nieśmiało odpowiada na pytania dotyczące uczuć. Znajomego, który spędza każdą sekundę podłączony słuchawką i mikrofonem do bram prowadzących do lepszego, szczęśliwszego świata. 
Spike Jonze stworzył filmowy epos utrzymany w jasnej, niemal pastelowej tonacji, bez ciemnych mroków dydaktyzmy i naiwnego moralizatorstwa. Każda postać w filmie nie posiada cech manichejskich. Jest to subtelny dramat rozgrywający się na płaszczyźnie bardzo osobistych relacji. W efekcie widz otrzymał ponad dwugodzinny obraz, który nie ucieka w hermetyczną sztampę, nie piętnuje zaprezentowanych zjawisk, a jedynie z kronikarskim zapałem relacjonuje naturalne następstwa aktualnych wydarzeń. 




środa, 28 maja 2014

Stephen King - "Dallas '63"

Struktura "Dallas '63" to misterne, cierpliwe pociągnięcia pędzlem dojrzałego artysty, który wciąż używa tej samej palety kolorów. Preferuje odcienie grafitu, gorzkiej czekolady, świeżo palonej kawy, niemrawego brązu drzewa sandałowego. Wszystkie te chłodne, zdystansowane barwy tym razem stały się elementami tworzącymi obraz sentymentalny. Brak pastelowych kolorów, dominuje neutralny mrok otulony w szarość powszedniości. Stephen King coraz śmielej spogląda na przeszłość. Ulega powabnym halucynacjom, które pozwalają na przeniesienie do chwil beztroskiej młodości. Emocjonalnie zapada się w miejscach, które utożsamiane były z minioną arkadią. Jedna z nowszych publikacji - "Dallas '63" - to literacki hołd czasom, które absolutnie nie mogą powrócić. King jest tego świadom, więc używa kanwy powieści, aby zanurzyć się w przeszłość. Czy taki sentymentalizm destrukcyjnie wpływa na artystyczną wartość literatury Kinga? 
Główny bohater powieści, Jake Epping, to typowy everyman. Szary element bezbarwnego tłumu, który zalewa chodniki wielkich aglomeracji. Raczej nie powinien oczekiwać, że znajdzie się śmiałek zdolny ująć jego przeciętność w tomach bestsellerowej biografii. Jake ma 35 lat i wydaje się być typowym przedstawicielem średniej klasy w Stanach Zjednoczonych. Bardzo ograniczone perspektywy, które i tak szybko ulegają destrukcyjnej sile rzeczywistości. Bohater, z którym czytelnik musi obcować przez ponad 800 stron książki, uczy języka angielskiego w szkole oraz dorabia, prowadząc kursy mające przygotować dorosłych do zdania matury. Jego żona, która go porzuciła, bez ceregieli uważała Jake'a za życiowego nieudacznika. Życie nauczyciela nie obfituje w niespodzianki, jest raczej do bólu nudne i przewidywalne. Musi on nieustannie zmagać się z przeciętnością swojej pracy. Jedynym wytchnieniem od schematyzmu jest czas wakacji, które polegały na bezrefleksyjnej migracji między stanami. Narracja pierwszoosobowa potęguje wrażenie konfesyjności tej powieści. Jake jednocześnie niczego więcej nie oczekuje od życia i skarży się na nudną regularność jego działań zawodowych i prywatnych. Wspomina pewien dzień, kiedy zadał swoim uczniom pracę domową - napisanie typowo szkolnej historii, która miała przetestować zdolności gramatyczne przygotowujących się do matury z języka angielskiego. Od jednego ze swoich uczniów, otrzymuje wstrząsający zapis przeżyć. Uczeń - Harry Dunning - streścił makabryczne wydarzenia, które miały miejsce w jego własnym rodzinnym domu pięćdziesiąt lat temu. Harry uczestniczył wtedy w masakrze jego rodziny. To jego ojciec zafundował bliskim taką rzeź. Z reporterską precyzją uczeń ujął wszystkie szczegóły tego zdarzenia - zatłuczenie młotkiem matki i braci, pobicie siostry aż do utraty przytomności. Jake Epping bardzo poważnie potraktował ten zapis opowieści. Podświadomie czuł, że jego przeznaczeniem powinna być wendetta za krzywdy Harry'ego - mało błyskotliwego woźnego ze szkoły, który był pośmiewiskiem całego personelu i innych uczniów. Przeciętne życie Jake'a nabiera w tym momencie lekkiego przyspieszenia i rozmachu godnego filmów klasy B. Czytelnik oczekuje typowego kryminału, który posiada głęboko osadzony wątek osobistej zemsty. Jednak Stephen King poszedł trochę w innym kierunku. Trochę nienaturalnie splótł historię Eppinga z postacią jego znajomego - Al'a, właściciela bistro oferującego tłuste hamburgery w niskich cenach. Ta para jakoś ze sobą nie współgra, stężenie życiowej nieporadności jest mało przekonujące. Wkrótce Al dzwoni do głównego bohatera, by ten błyskawicznie udał się do jego domu i wysłuchał jego historii. Jake posłusznie wciela rozkaz w życie i udaje się do kwatery sprzedawcy fast-foodów w mało przedsiębiorczej okolicy. Okazuje się, że sprawcą tego całego zamieszania, jest nowotwór Al'a. Dni przyjaciela Jake'a są policzone, więc ten zgadza się na wysłuchanie jego opowieści. Coś za dużo pokory i konformizmu w tej postaci, moim zdaniem. Nauczyciel dowiaduje się, że w spiżarni podrzędnego sprzedawcy hamburgerów mieści się portal do roku 1958. Nie wiem jaki był zamysł autora, ale całe zawiązanie akcji wydaje się nieco absurdalne i mało przekonujące. King przypomina starego domokrążcę, który próbuje wcisnąć mało użyteczny towar w bardzo zniechęcającej oprawie. Wstęp nie wciąga tak samo, jak początki poprzednich powieści autora "Carrie". Wątki są skonstruowane chaotycznie, brakuje atmosfery oczekiwania suspensu i grozy. Cała historia z przenosinami w czasie została wyłożona bezpośrednio odbiorcy. Czytelnik nie ma wrażenia, że uczestniczy w wydarzeniach, podglądając działania bohaterów przez wąską dziurkę od klucza. Raczej jesteśmy w literackiej piaskownicy, gdzie leżą porozrzucane bezładnie wątki i kreacje postaci. Trzeba głębokiego sentymentu do stylu Kinga, by przebrnąć przez niemrawy początek i oczekiwać czegoś więcej w następnych rozdziałach. Ja miałem takie zaufanie do pomysłowości powieściopisarza, więc zabrałem się za czytanie kolejnych fragmentów.
Umierający Al prosi swojego przyjaciela o przysługę. Nauczyciel angielskiego został predestynowany do roli zbawcy ludzkości, a przede wszystkim mesjasza narodu amerykańskiego. Jake musi uchronić Kennedy'ego od zamachu. Musi zmienić przeszłość. Oczywiście wiążę się to z ogromnym ryzykiem, ale Epping chyba w poprzednim wcieleniu był homeryckim herosem, bo niemal błyskawicznie zgadza się na udział w tym szalonym zadaniu. Godzi się na porzucenie dotychczasowego życia i zanurza się w odmętach historii. Do tego momentu brzmi to wszystko, jak surrealistyczne majaki oddanego fana literatury science-fiction, który postanowił stworzyć kolejne wiekopomne dzieło będące jedynie mało błyskotliwym pastiszem tego gatunku. Epping pragnie pomścić rodzinę kulejącego woźnego, a potem powstrzymać Lee Oswalda przed egzekucją Johna Kennedy'ego. Brzmi to lekko niedorzecznie, bo przecież pamiętamy, że Jake to everyman bez takiej ambicji godnej herosów z komiksów Marvela. 
Na pewno należy oddać szacunek Kingowi, który przyznaje się do tego, iż przeczytał całe kilogramy książek historycznych, popularnonaukowych, spiskowych, które obnażają prawdę i szczegóły zamachu zaplanowanego przez Oswalda. Widać to w szczególności w końcowej fazie powieści, gdy narrator z kronikarskim zapałem punktuje kolejne szczegóły z biografii zamachowca. Psychologizacja radykalnego lewicowca została przeprowadzona bardzo precyzyjnie i przekonująco. Oswald nie jest papierowym bohaterem, który sam zaplanował swoją rolę do odegrania w historii. King sumiennie odnotował fakt, iż nowoorleańczyk był praktycznie opętany ideą rewolucjonizmu przez inne osoby, z którymi przebywał. Bardzo dobrze wypadają te fragmenty książki, w których można przeczytać o wewnętrznych rozterkach jego żony - Mariny. Lee Oswald przypomina lekko prymitywizującego intelektualistę, który pragnie w końcu odciąć się od wpływów lewicowych przyjaciół. Końcowe rozdziały czyta się jak fabularyzowany podręcznik do historii najnowszej. Narrator perwersyjnie odkrywa wszystkie zakamarki umysłu Oswalda. Główny bohater także jest pod nieustającym wpływem tej osoby, choć nigdy go nie widział. Jednak w kontekście całości powieści, King nie jest konsekwentny, ponieważ ta popularnonaukowa część "Dallas '63" nie pasuje do pozostałych fragmentów, które tworzą lekko chaotyczną mozaikę różnych wcieleń Kinga jako powieściopisarza. 
Już precyzuję, jakie inne części powieści miałem na myśli. "Dallas '63" można podzielić na trzy części. Pierwsza z nich to klasyczna powieść kryminalna z marginalnym wątkiem science-fiction (podróż w czasie i zmiana przeszłości). W tym fragmencie Jake próbuje uratować rodzinę Dunningów od masakry. Prowadzi prywatne śledztwo, nie bacząc na konsekwencje. Próbuje zawiązać znajomości, które jednak nie mają prawa przetrwać. Jake, próbując przetrwać w tej nieznanej rzeczywistości, dostosowuje się do notatek Al'a, który zostawił mu np. wyniki zakładów sportowych. Ta część jest całkiem udana, choć zdarzają się lekkie niedociągnięcia w kwestii kreacji świata. Wszystko zostało zbyt spłycone i spłaszczono - brak przekonujących charakterów. Każda postać jest na tyle amorficzna, że prędko o niej zapominamy. Warto odnotować, że historia miasteczka, w którym mieszka rodzina Dunningów jest niemalże kalką z powieści "To". Wątek morderstw popełnianych na dzieciach można interpretować jako pomost spajający dwa światy pisarstwa Kinga - ten miniony, przepełniony grozą i ten współczesny, nieco bardziej obyczajowo-sentymentalny. Oczywiście, takie wzorowanie się na własnych książkach przypomina ucieczkę w łatwe rozwiązania, które sprawiają wrażenie ulegania schematyzmowi. Druga część składa się z najlepszych fragmentów "Dallas '63". Zawsze doceniałem Kinga jako wybitnego kreatora charyzmatycznych postaci kobiecych, jednak tutaj pisarz zawędrował na sam szczyt własnego talentu. Wątek uczucia Jake'a i Sadie Dunhill jest autentycznie piękny, pozbawiony pretensjonalności, urzekający swoją prostotą i szczerością. Postać Sadie ulega metamorfozie. Jake najpierw spotyka piękną, lecz nieśmiałą bibliotekarkę. Im bardziej wiążą się ich emocje, tym mocniej zarysowuje się owa przemiana: Sadie zrzuca płaszczyk nieśmiałej dziewczyny z prowincji, by zostać pewną siebie kobietą, która nie wstydzi się kokietować swojego kochanka. Do najpiękniejszych fragmentów można zaliczyć moment, kiedy kształtuje się ich prywatny język miłości. Nie trzeba wielkich fabuł, by stworzyć tak piękny motyw miłości, która jest zdolna przetrwać dosłownie wszystko. King jako cichy i subtelny romantyk? Sadie jest w stanie przetrwać nawet to, że Jake podaje się za kogoś, kim nie jest. Został przedstawiony frapujący paradoks: silny i emocjonalny związek dwojga ludzi, który ma fundamenty tylko i wyłącznie w nieszczerości i oszukiwania jednej ze stron. Jednak tutaj znów mamy do czynienia z niepotrzebną kalką. Motyw szalonego męża-psychopaty nie wydaje się uzasadniony, a czytelnika wręcz odpycha swoim schematyzmem. Aż chce się zaapelować do pisarza, aby nie robił z "Dallas '63" epickiego, długiego przewodnika po całej swojej twórczości. Trzecia część powieści to wcześniej wspomniane zapiski niemal kronikarskie, z mnogością szczegółów wyjętych z życia Lee Oswalda. W porównaniu z cudowną drugą częścią, te fragmenty są trochę rozczarowujące. A w szczególności zakończenie całej opowieści, które razi swoją oczywistością. 
Stephen King popada w sentymentalizm. Z pietyzmem stworzył wizję utopijnej przeszłości. Jego książka miała być hołdem dla czasów minionych. I jest, z całą pewnością. Tylko, czy ten hołd ma jakąkolwiek wartość dla czytelnika? King nigdy nie pragnął zbawiać współczesnej literatury. Wolał pozwolić odbiorcy rozkoszować się jego wyobraźnią. Tym razem wyobraźnia Króla nieco zawodzi. Oczywiście, nie da się stworzyć powieści, która będzie pozbawiona wątków, które jakoś epizodycznie pojawiały się w innych dziełach autora. Jednak "Dallas '63" jest zbyt natrętny, jeżeli chodzi o takie powielanie. Należy zaznaczyć, że nie jest to tragiczna książka. Mało konsekwentna, z mnogością niepotrzebnych opisów (na przykład fragmenty dotyczące obserwacji domów bądź walki bokserskiej), ale posiadająca momenty, które przyciągają czytelnika. I kto kilkanaście lat temu przypuszczałby, że King będzie hipnotyzować nie grozą, a obyczajowością, sentymentalnością i miłością? 


wtorek, 27 maja 2014

Terry Pratchett - "Wyprawa czarownic"



Sir Terence David John Pratchett. Dla przyjaciół po prostu Terry. Szczęśliwy posiadacz Orderu Imperium Brytyjskiego. Znając podejście niektórych jego bohaterów, taki fakt nie spotkałby się z doniosłymi fanfarami, raczej z subtelną drwiną przykrytą zwiewnym płaszczem ironii. Pratchett jako twórca cyklu "Świat Dysku" może czuć się jak prawdziwy zbawca ludzkości. Podobnej miary, co Thomas Alva Edison. Z tą, że różnicą, że Amerykanin oświecił masy żarówką, a Anglik użył do tego celu własnej wyobraźni i niewątpliwego humoru. Pratchett średnio dwa razy w roku publikuje nową książkę. I za każdym razem, pod zasłoną fantastyki wymierza satyryczny cios rzeczywistości, która dzieje się tu i teraz.

"Wyprawa czarownic" to moja ósma przygoda z tym cyklem. Zacząłem dość niefortunnie, bo sięgnąłem po "Łups", który na kilka miesięcy mnie zniechęcił do ruszania czegokolwiek, co jest sygnowane nazwiskiem Terry'ego. Jednak kolejne książki wyrwały mnie z tego marazmu. Zacząłem coraz bardziej doceniać sam styl autora, jak i aktualność myśli bohaterów. Koniec dygresji, czas przejść do sedna recenzji.

"Wyprawa czarownic" to 12 książka będąca zakorzeniona w ideologii Świata Dysku. Główna oś fabularna opiera się na podróży trzech czarownic, by uratować cały świat, który zamyka się w murach Genoi. Ale to nie fabuła jest najistotniejsza w książkach Pratchetta. Służy ona jedynie za pretekst, by popisać się mistrzowskim humorem i błyskotliwością sentencji niektórych bohaterów lub bohaterek. "Wyprawa czarownic" to powieść zdominowana przez pierwiastek kobiecy. Potwierdza się moja teza, że angielski powieściopisarz jest doskonałym znawcą skomplikowanej natury kobiecej. Zainteresowanych odsyłam do "Potwornego regimentu", który wydaje się być idealnym kluczem do poznania kobiecych nawyków i odruchów. Należy zaznaczyć, że specyficzna kreacja kobiety w Świecie Dysku nie jest literackim upustem szowinistycznych zamiarów autora. Fakt, trzy czarownice podróżujące na druki koniec Świata nie należą do elity intelektualnej lub nie popisują się erudycją. Jednak nadrabiają intuicją, sprytem i trzeźwością oceny sytuacji (choć w przypadku jednej z nich - Niani Ogg - trzeźwość to wypicie jednym duszkiem kilku kieliszków absyntu). Kobiety wzbogacają Świat Dysku i to one decydują o tym, co nastąpi. Są absolutnymi paniami opowieści. Podobnie jak w rzeczywistości.

"Wyprawa czarownic" to klasyczna powieść drogi. Trzy kobiety opuszczają swoje rodzinne gniazdo i udają się do odległej Genoi, by po raz kolejny uratować od zagłady dworskie elity tamtejszego rodu. Główna problematyką wydaje się być kwestia emancypacji kobiet. Najmłodsza z nich, czyli Margrat zostaje spadkobierczynią różdżki swojej poprzedniczki - Dezyderaty Hollow. Młoda adeptka magii zyskuje również ogromną wiedzę na temat tego, co w mentalności hermetycznej grupy czarownic jest zakazane. Chodzi przede wszystkim o poszukiwanie własnego ja. Podróż do Genoi to odkrywanie siebie. Dokonuje się to poprzez interakcję z obcym otoczeniem, czymś nieznanym i niepojętym. Konserwatywność w poglądach pozostałych czarownic została zaprezentowana mocno groteskowo. Głównie na absurdzie i grotesce opiera się cały humor powieści. Świadczy o tym przezabawna kreacja Esmeraldy Weatherwax lub Niani Ogg. Kobiety wstydzą się nagości, wszystkiego związanego z cielesnością i seksualnością. Walczą z tymi tematami tabu własnym ubiorem. Cztery kamizelki i potrójna warstwa spódnic to nic nowego w kontekście mody panującej na sabatach. Tak, sabaty w Świecie Dysku nie są ściśle związane z tańcami nago przy kotłach. Każde stereotypowe wyobrażenie zostaje błyskawicznie obalone bądź jeszcze bardziej pogłębione, co stwarza wrażenie absurdalnej deformacji. O byciu czarownicą decyduje nie wiedza, lecz kapelusz, który obowiązkowo musi być spiczasty. Symbolicznym aktem przemiany jest pewna scena z końcowych fragmentów "Wyprawy czarownic". Spotkana na bagnach czarownica praktykująca voodoo uroczyście wręcza głównej bohaterce nowy kapelusz. Stworzony z samych owoców. Zostaje on przyjęty, co zwiastuje lekką zmianę w mentalności bohaterek.

Każda postać jest wyjątkowa. Nie jest jedynie literackim zbiorem kilku cech. To dla tych postaci czyta się "Wyspę czarownic" z narastającym zaciekawieniem. Pratchett, kreując tak wyraziste bohaterki, próbuje stworzyć aluzję do ludzkich zachowań. W pewnych momentach powieść przypomina ironiczny podręcznik podróżowania. Mocno kontrastuje się obcość latających na miotłach czarownic z odmiennością obyczajów ludów, które są odwiedzane w trakcie podróży. W niektórych karczmach nikt nie słyszał o magii, co mocno szokuje główne bohaterki. Każdy turysta pewnie spotkał się z zaporą językową. Rozmowa z tubylcem nie znającym angielskiego przypomina często chaotyczne wymyślanie jednorazowego esperanto, które jest lingwistycznym zlepkiem kilku języków plus impulsywnej gestykulacji. To właśnie spotyka Nianię Ogg, gdy pragnie zamówić cokolwiek w karczmie. Uniwersalnym sposobem na komunikację w obcych krainach, jest podniesienie głosu. Absurd tej sytuacji jest po prostu przezabawny. Ciężko opisywać kolejne detale, które decydują o formie humoru Pratchetta. "Wyspa czarownic" traci na wartości, gdy się ją czyta pospiesznie. Trzeba poświęcić kilka minut więcej, by przepaść w ten specyficzny świat pełen drobiazgów i drobnych miniatur, które są wartością dodaną każdej pozycji z cyklu Świata Dysku.

Pratchett próbuje nam przekazać siłę tolerancji. Wzrastający szacunek dla odmienności pozwala bohaterkom powieści unifikować się, aby osiągnąć zamierzony cel. Może nie jest to jakaś odkrywcza myśl, jednak rzadko który twórca potrafi w książce humorystycznej (opierając się na fantastyce) przemycić kilka zgrabnych obserwacji natury ludzkiej. Przecież podróż czarownic jest niemalże kalką naszych rodzimych wojaży do obcych państw. Zawsze dostajemy szoku, zderzając się z obcością. Zawsze próbujemy odnaleźć przytułek przypominający o oddalonym mile morskie domu. Są to pewne stałe odruchy ludzkie, które Pratchett potrafi z chirurgiczną precyzją wypunktować, lekko moralizując przy tym czytelnika. I właśnie ten dydaktyzm potrafi być nieco zbyt wymuszony i pretensjonalny. Rozumiem, gdy niejako automatycznie wynika z zaistniałej sytuacji, lecz najgorszy kształt ów dydaktyzm przybiera, gdy każdy element wątku został stworzony tylko po to, by oświecić odbiorcę jakąś niezbyt odkrywczą myślą. W "Wyspie czarownic" występują jedynie śladowe ilości takiego manichejskiego moralizatorstwa, co jednak jest pewną wadą książki.

Warto wspomnieć, że Pratchett stworzył opowieść o opowieściach. Czarownice ufają poglądowi, że pewne historie dokonują się cyklicznie, zmieniając tylko bohaterów. Dlatego nie mogą być zaskoczone, gdy na swojej drodze spotykają Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka. Oczywiście każda baśń zostaje zdemistyfikowana. Wilk pukający do chatki chorej babci to stworzenie miotające się w rozdwojeniu jaźni: pierwiastek wilczy kłóci się z pierwiastkiem ludzki. Komizm baśniowych wątków opiera się na łamaniu stereotypów i próbie tworzenia opowieści od nowa.

Również narrator spełnia istotną rolę. Wprowadza nas w zawiły świat mechanizmów rządzących Dyskiem. To właśnie on wzbogaca lekturę o dygresje pozornie niezwiązane z nurtem powieści. Dla przykładu cytat: "Chleb krasnoludów był doprawdy cudowny: nikt nie cierpiał głodu, jeśli miał choć trochę chleba krasnoludów do uniknięcia. Wystarczyło popatrzeć na niego przez chwilę, a natychmiast przychodziło człowiekowi do głowy mnóstwo innych rzeczy, które wolałby zjeść. Własne buty, na przykład. Góry. Owce na surowo. Swoje stopy." *.

Rozczarowuje nieco zakończenie. Znów istnieje pewna zależność typowa dla książek Pratchetta. Genialne pierwsze 100 stron, gdzie poznajemy bohaterów i ich współzależności. Potem musimy przebrnąć przez kilkadziesiąt stron, które przyspieszają akcję. A na końcu czeka nas zakończenie, które wydaje się niedopracowane - jakby autor uparł się, że powieść zmieści się w 260 stronach. Takie podziały sprawiają, że czytelnik ma wrażenie schematyzmu. Jednak "Wyprawa czarownic" nie posiada aż tak chaotycznego zakończenia, jak inne książki Pratchetta.

Pozwolę sobie nazwać Pratchetta ironicznym Szekspirem fantastyki. Wiele łączy autora "Wyspy czarownic" z genialnym dramatopisarzem. Pochodzenie. Bazowanie na humorze, który podszyty jest kpiną z obyczajowości ludzkiej. Talent do obserwacji natury ludzkiej. I pewien schematyzm, który przy masowej publikacji dzieł sprawiał wrażenie zbyt namolnego. Porównaniu z Szekspirem sprzyja jeszcze inny szczegół, a mianowicie fascynacja kobietą jako jednostką, która potrafi zmienić bieg rzeczy. W kontekście fabuły "Wyspy czarownic", mowa oczywiście o biegu opowieści.

A, na koniec jeszcze genialny cytat. Istna perełka wśród diamentów:

"Rasizm na Dysku nie stanowił problemu, ponieważ - przy wszystkich trollach, krasnoludach i innych -
gatunkizm był o wiele ciekawszy. Biali i czarni żyli w doskonalej zgodzie i wspólnie prześladowali zielonych." **. Chyba tylko Anglik mógłby coś takiego wymyślić.


* Terry Pratchett, "Wyprawa czarownic", wyd.Prószyński i S-ka, tłum.Piotr W.Cholewa, s.100


** Terry Pratchett, "Wyprawa czarownic", wyd.Prószyński i S-ka, tłum.Piotr W.Cholewa, s.143


poniedziałek, 26 maja 2014

Cormac McCarthy - "Krwawy południk"

Lektura "Krwawego południka" była moją pierwszą konfrontacją z prozą McCarthy'ego. Fakt, amerykański twórca nie był dobrze znany w Polsce, a to za sprawą późnego „odkrycia” jego książek. Dopiero kilka lat temu na półkach księgarń zagościł najsłynniejszy utwór pisarza. Mowa oczywiście o „Drodze”. Za nieszablonową wizję upadku amerykańskiej cywilizacji, dostał nagrodę Pulitzera. Bracia Coen zekranizowali jego kolejne dzieło, a mianowicie „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Sam obraz z pewnością zasługuje na osobny wykład (w końcu Joel i Ethan to nie debiutanci). Wspomniana już „Droga” również została niedawno przeniesiona na duże ekrany. Ta częstotliwość kręcenia filmów na podstawie powieści tego autora wynika z swoistej „kinowości” stylu pisania. Nie brakuje natchnionych opisów przyrody, które wcale nie kłócą się z dominującym mrokiem, podłością ludzkich charakterów. McCarthy w Ameryce cieszy się szeroko rozumianą sławą. Paradoksalnie nie wynika ona z braku poszanowania prywatności. Debiutował pod koniec 1965r, ale pierwszego telewizyjnego wywiadu udzielił, gdy miał 74 lata, czyli w roku 2007. Wtedy to Oprah Winfrey dyskutowała na temat wcześniejszych książek ( jeszcze mało znanych w tamtym czasie) i zapoczątkowała „boom” na twórczość tego genialnego pisarza.
„Krwawy południk” miał premierę w 1985 r. Jak dotąd jeszcze nie został sfilmowany. Wszystko dlatego, że proza McCarthy'ego przepełniona jest pewną dozą brutalności i czasem nieuzasadnionej przemocy. Pomysł ekranizacji zawsze będzie się wydawać kontrowersyjny, ze względu na rygorystyczną cenzurę w niektórych krajach. A szkoda, bo "Krwawy południk" to literatura, której konsekwentny styl może budzić uznanie. To proza nie dla wrażliwych osób spragnionych łatwych opowieści. Wystarczy zobaczyć krótkie równoważniki zdań, które zdradzają co nas czeka w kolejnym rozdziale : „Drzewo Martwych Dzieci”, „Ślady Masakry”, „Zamordowani w kościele”, „Głowa kapitana”. Jaki jest sens takiego epatowania przemocą? Zobowiązują do tego dwie rzeczy. Primo, akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie. Secundo, śledzimy losy bandy John Joela Glantona, który jest postacią historyczną. Glanton - były żołnierz armii amerykańskiej, później najemnik i twórca grupy łowców skalpów, która plądrowała południowy zachód Ameryki, zapuszczając się w połowie XIX wieku na terytoria Indian. Osobiście skłaniam się ku opcji nazywania "Krwawego południka" antywesternem, ponieważ w konstrukcji bohaterów brak cech manichejskich. Żadna postać nie jest silnie zindoktrynowana. Każdy posiada własny, niekiedy atawistyczny kodeks. Proza McCarthy'ego demaskuje i demistyfikuje cały XIX wiek utrwalony w amerykańskiej mentalności. Dziki Zachód przestaje być utopią, arkadią dla bogobojnych mężczyzn i spragnionych przygód chłopców. Czytelnik dowiaduje się okrutnej prawdy o postępowaniu białych. Jednak McCarthy nie ucieka do reporterskiego pietyzmu, ponieważ preferuje stosowanie paradoksu - demistyfikacja poprzez styl literacki przypominający mistyczny realizm magiczny. Jedynym elementem jedności wśród łowców skalpów jest wspólne odczuwanie tych samych popędów. Podobnie jak u wielkich modernistów, postaci McCarthy'ego są nieustannie szargane przez konflikt Erosa i Thanatosa. Jednak należy zaznaczyć, że Eros to najczęściej gwałt i ulotność pożądania. Thanatos to tylko i wyłącznie nieuzasadnione okrucieństwo wobec bliźnich. Wszystko to potęguje wrażenie tragizmu grupy okrutników. Każdy kolejny krok po pustyni to systematyczne zbliżanie się w stronę fatum, nieznanego przeznaczenia. Autor książki pozostaje tajemniczy - nie wskazuje jednoznacznej ścieżki interpretacyjnej. I to właśnie jest największa zaleta "Krwawego południka". Czytelnik godzi się na obcowanie z bohaterami i światem przedstawionym dwuznacznie pod względem moralnym i etycznym. Chociaż etyka to najczęściej wytarte pojęcie, które dla Sędziego Holdena jest raczej abstraktem. W świecie książki rasizm jest fikcją. Na tym polega naturalizm, który z pewnością jednych oburzy. McCarthy nie buduje literackich pomników dla żadnej ze stron konfliktu o Dziki Zachód, który w powieści naprawdę nie należy do miejsc, gdzie człowiek może czuć się komfortowo.
Warto wspomnieć o stylu pisania. Cormac McCarthy stworzył poemat. Wstrząsający, przerażający, ale z drugiej strony ujmujący wrażliwością, matematyczną precyzją w opisie zachodów słońca. Porównam to do zasady kontrastu. Między scenami pogromów rdzennej ludności, jesteśmy świadkami romantycznych zjawisk. Autor sprawnie posługuje się odniesieniami biblijnymi. Choć wydaje się to sprzeczne, taki język idealnie współgra z krajobrazami usłanymi trupami. Pozwolę sobie na drobny cytat: „(…)stoczył się w dół po ścianie kanionu, a zawartość koszów wyleciała bezgłośnie w gorące suche powietrze. Spadał w słońcu i cieniu, obracając się w samotnej pustce, aż zniknął w zimnej niebieskiej przestrzeni, która odarła go ze wspomnień w umyśle wszelkiej żywej istoty.”*. Posługując się intertekstualnością tekstów współczesnej literatury, można dostrzec analogię do upadku Lucyfera lub lotu Ikara. Lucyferycznych odniesień jest więcej. Sama kreacja Sędziego nosi wiele takich znamion - monumentalna sylwetka, biel i moralna dwuznaczność. Cytowany upadek i lucyferyczne cechy bohaterów można interpretować jako literacki rozrachunek z człowieczeństwem. McCarthy nie pozostawia złudzeń, co do iluzoryczności ludzkiej potęgi. Każda potęga ma swój kres, stąd jedynym pewnikiem jest nieuchronna efemeryczność człowieka. Amerykański krytyk literacki, Harold Bloom postawił tezę, iż postać Sędziego to najbardziej przerażająca kreacja literacka w amerykańskiej prozie. Można różnie interpretować tą postać. Czy to jest ucieleśnienie Szatana? Czy może to bohater ludzkości? Świadczą o tym fragmenty dotyczące osobliwego przerysowywania przedmiotów do notatnika, by potem to zniszczyć. W jego rękach ważyły się losy nieznanych osób. Odbierał życie lub je darował. Jak już wcześniej wspomniałem, autor książki nie odpowiada na te pytania, zostawiając czytelnika z ogromną niewiedzą.
„Krwawy Południk” mogę porównać do Biblii (poetyckość i mistyczność), „Jądra ciemności" (motyw wędrówki, mroku, zagłębiania się w dalsze okrucieństwo), „Boskiej Komedii” (kolejne rozdziały to nowe kręgi piekła). To powinno starczyć za rekomendację. Jednak pragnę zaznaczyć, że nie każdemu się spodoba takie połączenie. A to ze względu na totalny nihilizm, którego siewcą jest Holden. Brak jakichkolwiek wartości w świecie bazującym na atawizmie tworzy boską symbiozę z mistyką i poetyckością. Gdyby nie fachowość warsztatu literackiego McCarthy'ego, takie połączenie okazałoby się nieprzyswajalne. Jednak amerykański prozaik nie ustrzegł się drobnych potknięć. Do najważniejszych należy zaliczyć rozmiar powieści i nieznośne uciekanie w epickość. Kłóci się to z ogólnym założeniem problematyki. Autor powiela także błąd z poprzednich swoich wydawnictw, a mianowicie znów w pewnych momentach to przyroda staje się głównym bohaterem, co spowalnia tempo akcji. Na dłuższą metę takie dysonanse mogą okazać się męczące dla czytelnika, który nie miał nigdy do czynienia ze stylem powieści sygnowanych nazwiskiem McCarthy'ego.
"Krwawy południk" przeraża, zarazem fascynuje. Obnaża wszystkie iluzje człowieczeństwa i solidaryzmu. Zmusza do ponurej refleksji nad upadkiem cywilizacji, człowieczeństwa. Absolutnie polecam. Szczególnie fanom Faulknera, choć McCarthy jest mniej sentymentalny i bardziej radykalny w swoim demaskatorstwie.

*Cormac McCarthy, „Krwawy południk”, wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010.


niedziela, 25 maja 2014

My Dying Bride - "A Map of All Our Failures"

Polska świeżo po eurowyborach. Niecałe 23% frekwencji fatalnie świadczy o naszej społecznej i obywatelskiej aktywności. 23 to magiczna liczba, do której odnoszę w kontekście zespołu z Halifax. Rok temu brytyjski kwintet obchodził właśnie 23-lecie działalności scenicznej. Wydany z tej okazji ostatni długograj - "A Map of All Our Failures" (z 2012 roku) - jest dowodem na wielką formę zespołu. O jego aktywność nie wypada się martwić.
Krótka podróż w czasie. Lata 90. XX wieku. Deszczowa i ponura Anglia. Wzrost nastrojów dekadenckich. Całe środowisko muzyczne jest napiętnowane śmiercią Iana Curtisa. Ikonowe Black Sabbath marnie dogorywa, publikując kolejne nic nie wnoszące albumy. Wielka Brytania zawsze była wylęgarnią katastrofistów. Nie inaczej było w muzyce gitarowej. Właśnie w tym burzliwym okresie nieformalnie zawiązano "Wielką Trójkę", czyli grupę zespołów tworzących specyficzną odmianę doom metalu (zwanego czasem drugą falą). Oprócz My Dying Bride w skład tego panteonu wchodziły następujące formacje: Anathema i Paradise Lost. Ich pierwsze demówki były materialnym odbiciem ówczesnych inspiracji: maksymalnie wolne gitarowe riffy, posępny growl przypominający głos zza krypty, lekka nuta gotyku i klasycznych harmonii. Z czasem wszystkie zespoły uważane za "Wielką Trójkę" odeszły od początkowego stylu. Niemalże całkowicie porzucono fascynację death metalem. Kierowano się w stronę popularyzacji gothic metalu, który jednak nic nie miał wspólnego z obecnym zjawiskiem na scenie muzycznej. Na płytach Paradise Lost czy Anathemy nie uświadczymy cukierkowatych melodyjek śpiewanych przez długowłose dziewoje otulone w czarne gorsety. Nie uświadczymy również lukrowanych solówek granych na gitarze. Fascynowano się prawdziwą stroną gotyku, czyli wszechogarniającym mrokiem, posępnością, dekadentyzmem i pewną dozą frenetycznego romantyzmu. Inspiracje zwiastują same nazwy zespołów: Anathema - czyli kościelna klątwa, Paradise Lost - tytuł poematu Johna Miltona. Przebogata dyskografia tych dwóch zespołów świadczy o nieustannym poszukiwaniu własnego stylu. Paradise Lost romansował z elektroniką, gotyckim rockem (coś w stylu The Fields of Nephilim), aż w końcu spoczął na próbie restauracji początkowego doom metalu. Z Anathemą jest trochę inaczej. Ich ewolucja najpierw zahaczyła o klasyczny doom, aż w końcu zakończyła się na ostatnich płytach ("Weather Systems", "We're Here Because We're Here"), które ujawniają nową twarz zespołu w post-rockowym i progresywnym świetle. Dla niektórych fanów to zdrada racji stanu, ale dla mnie to pozytywny ruch. Po prostu grupa dowodzona przez rodzeństwo Cavanagh'ów brzmi bardziej przekonująca w delikatnych, ulotnych aranżacjach.
Uważny czytelnik pewnie wyłapał, że celowo nie wspominam o bohaterach mojego tekstu - członkach zespołu My Dying Bride. Jako jedyni z "Wielkiej Trójki" pozostali wierni własnemu, szybko wypracowanemu stylowi. Słusznie, bo po co udoskonalać to, co jest niemal perfekcyjne? Ktoś zarzuci, że każda kolejna płyta jest taka sama. Racja, ciężko od nich już oczekiwać, że zaskoczą odbiorcę nagłą woltą stylistyczną. Ten zarzut okazuje się nietrafiony, gdy zestawimy go z poziomem każdego wydawnictwa sygnowanego marką My Dying Bride. Jedynym detalem, którego łatwo pominąć, jest oszczędność w stosowaniu growlu. Aaron Stainthorpe recytuje, deklamuje, mruczy, zawodzi, krzyczy, ale coraz rzadziej growluje. Moim zdaniem to pozytywna zmiana, ponieważ materiał muzyczny przestaje być przytłaczający i męczący przy dłuższych odsłuchaniach. Należy zauważyć, że MDB regularnie nagrywa i koncertuje od roku 1990. "A Map of All Our Failures" jest już 12 pozycją w dorobku Anglików (wliczając w to zestawienie nieco eksperymentalną "Evintę"). Album jest kontynuacją ścieżki muzycznej obranej ponad 20 lat temu. Utwory wciąż są nieszablonowe, pełne zmian tempa i rytmiki. Gitary wciąż tworzą monumentalną ścianę dźwięku, która ujmuje niespiesznością i dostojeństwem godnym największych mistrzów. Na poprzednim albumie praca perkusji została bardziej uwypuklona. To samo ma miejsce na najnowszym wydawnictwie. Ciekawostką jest, że Shaun Taylor-Steels - nadworny perkusista królów z Halifax - jest tylko muzykiem sesyjnym. Formalności, formalnościami, ale warto skupić się na zawartości "A Map of All Our Failures".
Tytuł albumu zdradza sferę poszukiwań tekstowych Stainthorpe'a. Muzyce towarzyszą teksty, niekiedy poetyckie majstersztyki, które oscylują wokół śmierci, rozpaczy, alienacji i miłości. Tak, MDB to rzadki okaz metalowego zespołu, który nie wstydzi się poruszać wokół tematyki nieszczęśliwych uczuć. Wszystko okraszone łacińskimi i francuskimi wtrąceniami. Nad całością tekstów czuwa wokalista, który jest jednocześnie poetą. I to w typowo brytyjskim stylu. Ucieka do romantycznych, gotyckich toposów, które brzmią niczym relikt dawnej epoki. Tak, w muzyce My Dying Bride bardzo istotne jest słowo. Utwór otwierający płytę - "Kneel Till Doomsday" - zaczyna się biciem kościelnych dzwonów. Drobny zabieg, który automatycznie przenosi słuchacza w mikroklimat muzyki ekipy z Anglii. Śmiało nazwałbym ich twórcami gitarowych nokturnów. Pierwsza kompozycja trwa około 8 minut, ale wcale ten czas się nie dłuży. Zasługa to przede wszystkim partii skrzypiec, które są oszczędnie dawkowane, lecz naprawdę potęgują klimat smutku i melancholii. Nie są one wyeksponowane na pierwszy plan, na którym musiałyby konkurować z charakterystycznym głosem Aarona. Ta charyzmatyczna postać nigdy się chyba nie zmieni. Wciąż uwodzi nas tymi samymi sztuczkami. Robi to z tak ogromną pasją, że wydaje się być bardzo autentyczny. Nic dziwnego, że podczas koncertów śpiewa z zamkniętymi oczami i ogranicza kontakt z publicznością do minimum. Zapamiętałem jedną jego wypowiedź, której udzielił podczas wywiadu z okazji premiery "The Lies I Sire" w 2009 roku. Aaron zaciekle bronił swojej tezy, że każdy kolejny album to dla niego "emocjonalny detox" i w głębi duszy pozostaje sympatycznym człowiekiem, bez krzty ponuractwa. Obcując z kolejnymi utworami, ciężko w to uwierzyć. Smutek wręcz rozsadza każdą kompozycję. Bohaterowie tekstów Stainthorpe'a przypominają antyczne postaci wyjęte ze starogreckich tragedii. Wydają się być oni otumanieni jakimś nienazywalnym fatalizmem, który przytłacza człowieka. Najkrótszy utwór na albumie - "The Poorest Waltz" - jest właśnie muzyczną kulminacją tego niewyobrażalnego smutku rozdzierającego istnienie. Trzeci utwór - "A Tapestry Scorned" - to najlepsza wizytówka współczesnego My Dying Bride. Przywraca wspomnienia o przeszłości (elementy growlingu), jednocześnie wskazuje obecne inspiracje zespołu. Nowością jest wykorzystanie organów, które naprawdę idealnie komponują się z treścią i melodyką utworu.(w twórczości MDB pojawiają się one naprawdę sporadycznie, więc można ten fakt zaliczyć jako coś nowego) Stainthorpe przekonująco opowiada poruszającą historię o miłości, o przeznaczeniu, o śmierci. Słuchacz przenosi się w XIX wiek, kiedy królował dojrzały gotyk w literaturze i malarstwie. Zakochanie utożsamiano z szaleństwem. Każda emocja miała swoje ujście w specyficznej poetyce tych czasów. Moje osobiste skojarzenie to oczywiście proza E.A.Poe (identyczne łączenie Erosa i Thanatosa) i poezja W. Wordsworth'a. Wróćmy do samej muzyki. "Like a Perpetual Funeral" i tytułowy utwór to kompozycje nie odbiegające od dotychczasowej stylistyki zespołu. Ciut mniej monodramatycznej recytacji, ciut więcej przejmującego zawodzenia imitującego śpiew. Tak, jest to rzadki przypadek, kiedy wokalista zespołu stroni od szarżujących wokaliz. "Hail Odysseus" to kolejny przykład zapatrzenia się w tradycję literacką. Muzyka wciąż trzyma wysoki poziom, choć riffy jakoś nie zapadają w pamięć. Gwoli ścisłości, tytułowy utwór także wydaje się być zbyt typowy i oczywisty - brakuje wzbogacenia aranżacji. Jednak końcowe dwa utwory znów wydźwigają MDB na muzyczny piedestał. Taka kompozycja, jak "Abandoned As Christ" dowodzi, że angielska ekipa dowodzona przez Stainthorpe'a rozgościła się na artystycznym Olimpie. Nie musieli niczego udowadniać na nowo, jednak znów zaskoczyli. Tym razem inspiracją ambientem i tekstem. "Where was God when I most needed him?" - te słowa powtarzane z bólem i pasją, przy akompaniamencie apokaliptycznego zwolnienia sekcji rytmicznej, robią piorunujące wrażenie na odbiorcy. Jest to idealne zakończenie solidnej płyty, miejscami zahaczającej o artystyczny geniusz. My Dying Bride znów zdradza receptę na utrzymanie muzycznej długowieczności.

A, brawa za okładkę. Oszczędnie, ale bardzo symbolicznie. Muzyka na nowej płycie jest właśnie takim całunem wieczności. 

Matana Roberts - "Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres"

Ta płyta rani. Boli. Nie zostawia obojętnym. Kreuje tysiąc obrazów. Przynosi łzy, które są wyrazem człowieczeństwa. Porusza. Album, który jest niczym niewygodna prawda uwierająca spokój wewnętrzny. Dźwiękowe katharsis przy minimalistycznym akompaniamencie.
Matana Roberts to awangardowa artystka silnie związana z nowojorską sceną muzyczną. Od dzieciństwa towarzyszy jej muzyka jazzowa. W końcu pochodzenie do czegoś zobowiązuje - Chicago. Ale nie warto się przejmować biograficznymi informacjami. Za to koniecznie trzeba zapamiętać rok 2011 jako początek cyklu nazwanego "Coin Coin". Tematyka tych muzycznych kompozycji oscyluje wokół historii, dziejów przodków, duchowego dziedzictwa i pamięci. Istnieje ogromne ryzyko przy produkcji takich albumów. Można łatwo popaść w dziecinną dydaktykę i moralizatorstwo lub radykalną martyrologię. Matana poszła inną ścieżką. Eksploruje amerykańską historię czarnoskórych niewolników i późniejszych ich potomków w sposób intymny, osobisty, wręcz kameralny. Artystka imponuje przy tym niezwykłą dojrzałością. Nie tylko muzyczną. Nie ma miejsca na kompromisy bądź nienaturalne niedomówienia. Nad pierwszą płytą z cyklu dominuje aura naturalistycznego ekshibicjonizmu, który nie wydaje się być pozorowany. Album zaczyna się improwizowanym sztormem w postaci opętańczej linii saksofonu Matany. Warto podkreślić, że każda kompozycja imponuje bogactwem pomysłów i obfitą paletą muzycznych emocji. "Rise" to przykład harmonijnej aranżacji. Ten utwór przesiąknięty jest charakterystyczną melancholią typową dla rasy negroidalnej. Niemal słyszalna jest pokora, z jaką przodkowie Matany godzą się na wszystko to, co spotkało ich ze strony panującej klasy w dziewiętnastowiecznych Stanach Zjednoczonych. Pierwszy utwór płynnie przechodzi w kolejny. Taki zabieg podkreśla konceptualizm całego albumu. "Pov Piti" to wizytówka muzyki tworzonej przez nowojorską saksofonistkę. Pierwsze dwie minuty to rozdzierający, pełen pasji krzyk artystki, który momentami przypomina jęk nie przypominający nic człowieczego. Ta krótka dawka wielkich emocji może przytłoczyć słuchacza i zniechęcić go do dalszego obcowania z dziełem Roberts. Tak, pierwsza odsłona cyklu nie należy do albumów, których można słuchać z uśmiechem na ustach. Muzyka autentycznie potrafi sponiewierać słuchacza, który nastawiony jest na otrzymanie tanich emocji oprawionych w proste kompozycje. "Pov Piti" miejscami zahacza o ambient łączony z tradycyjnymi melodiami, które wciąż są przepełnione nostalgią i melancholią. Sama końcówka utworu jest wręcz depresyjna. Warto zestawić sobie album Matany Roberts z filmami powstałymi wskutek boomu na kino rozrachunkowe rodem z Hollywood. "Kamerdyner" czy "Zniewolony" wypadają blado w konfrontacji z muzyką i narracją artystki nowojorskiej. Reżyserowie tych filmów ulegli pokusie pójścia na łatwiznę i po najmniejszej linii oporu. Ich artystyczna wizja polegała na kreacji typowej laurki, która miała wynagrodzić wszystkie lata upokorzeń i cierpień. Sam zamysł może jest pozytywny, ale realizacja dość przykra dla każdej ze stron. W szczególności dla młodych koneserów kina. Klarowny podział na złych i dobrych przypomina zabieg rodem z pociesznych westernów. Matana osiągnęła przewagę nad kolegami z Hollywood tym, że stworzyła muzyczną wizję świata pełnego ofiar i katów. Z tą różnicą, że nie ma tutaj oczywistego cierpiętnictwa w imię ogółu lub myśli abolicjonistycznej. Dramat bohaterki tych kompozycji dotyka najgłębiej, ponieważ jest osobisty i dotyczy jej najbliższego otoczenia: dziecka, rodziny. Polem walki i tragedii jest własne ciało kobiety - hańbione i szargane. "Song for Eulalie" swoim początkowym fragmentem przynosi nieco wytchnienia po depresyjnym poprzednim utworze. Muzyka staje się bardziej wzbogacona orkiestrą. Przenosimy się w czasie do lokalów, gdzie królował jazz. Receptą na podtrzymaniu uwagi odbiorcy jest zabawa artystki z dynamiką, która zaskakuje swoją nieprzewidywalnością. Czasem zakradną się detale, które wydają się być zgrzytami, jednak w kontekście całości kompozycji są one ważnymi elementami układanki o nazwie "Coin Coin". Środek płyty, a w szczególności utwór "Kersaia" prowadzi nas w stronę wehikułu czasu. Cofamy się w czasie do początku XX wieku. W jazzowych lokalach panowała aura zabawy i typowo amerykańskiej sielanki. Sama narracja tekstowa przypomina blues. Ta sama gadatliwość i skłonność do opowiadania historii. Wszystko to przykuwa uwagę słuchacza, który nieustannie obcuje z wyżej wspomnianą paletą emocji - nie ma tutaj ponurego cierpiętnictwa. Na albumie można również znaleźć elementy chóru śpiewającego a'capella. Wszystko to jednak z typową dla Matany kameralnością i wyciszeniem. Artystka hołduje tradycji - nie próbuje definiować na nowo historii muzyki. Nie ma miejsce na szalone eksperymenty, raczej na dojrzałą awangardę z dojrzałym wykorzystaniem tradycji kultury. Szósty utwór przynosi prawdziwe ukojenie. "Lulla/Bye" jest w istocie tradycyjną kołysanką. Sen jako czas wytchnienia. Sen jako czas regeneracji. Roberts swoją muzyką podkreśla, że homogenizacja grupy czarnoskórych była w pełni uzasadniona. Zewnętrzny świat kojarzył się z bólem. Hermetyczność społeczności afroamerykańskiej pozwoliła zachować kulturową odrębność, czego dowodem jest muzyka na tej płycie. Korzenie są w pełni słyszalne, lecz rażą archaicznością. Wręcz przeciwnie, Matana odkrywa na nowo bogactwo tej kultury. Zaskakuje zakończenie pierwszej odsłony cyklu "Coin Coin". Utwór "How Much Would You Cost?" ujmuje autoironią. Jest sztuką odkrywać wszystkie odsłony historii i emocjonalności człowieka, nie popadając przy tym w sztuczne emanowanie naturalizmem i ohydą. Ekshibicjonizm artystki nie przypomina kolejnej pozy. "Coin Coin" powala przede wszystkim dojrzałością i konsekwencją w aranżacji. Nie ma miejsca na eksperyment. Saksofonistka stworzyła muzyczny totem poświęcony przodkom. Jego surowość i wielowyrazowość przytłacza odbiorcę, który raczej nie jest przyzwyczajony do obcowania z absolutnym dziełem sztuki. Bo w takich kategoriach należy rozpatrywać album Matany Roberts "Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres". Nie da się słuchać tej muzyki bez historycznego kontekstu. Tak samo nie da się opowiadać tych historii bez odpowiedniego kultywowania tradycji kulturowych. Absolutny mus dla fanów współczesnego jazzu. Nawiązując do utworu "I Am", cieszę się, że jesteś. Choć Twoja muzyczna obecność przeszywa emocjonalnym bólem każdą cząstkę człowieczeństwa. Budujący jest fakt, że w dobie bezpłciowych i nijakich produktów muzycznych pojawia się takie cudo, które przytłacza autentyzmem i pasją.
Na deser link.


piątek, 23 maja 2014

Sabaton - "Heroes"

Przyznam się bez bicia, że mam sentyment do piątki postawnych Szwedów. Za to, że odkryli na nowo power metal. Za to, że nie szpikowali swoich utworów falsetem. Za to, że pokazali, gdzie miejsce plastikowych mieczów. Za to, że połączyli muzykę ze skrajnym konsumpcjonizmem i reklamą. I to ostatnie powoli ich gubi. Sabaton zamienił się w muzycznego Uroborosa, który medialnie jest wciąż na topie, ale artystycznie zatracił świeżość. Uroborosa, który wcale nie odradza się, a wręcz dogorywa w blasku dawnej chwały. Przypomina trupa w szafie, którego nie wypada usunąć. Z sentymentu.
Zanik formy zwiastował już poprzedni album - "Carolus Rex". Porzucono narrację wyjętą z czasów II wojny światowej i skupiono się na historii Szwecji. Bo historie opiewane w tekstach właśnie dotyczą ichniego złotego wieku. Nie chcę się rozpisywać, więc powiem w skrócie, że imperialiści szwedzcy mieli naprawdę wielkie marzenia. Dwa lata po premierze tego krążka, fani mogą już obcować z jego następcą. Czy było warto?
Wiele zdradza tytuł płyty - "Heroes". Zwiastuje ogromny patos, który już na poprzednich albumach trochę odstręczał. Tylko, że pierwsze nagrania broniły się melodyką, niespotykanym wokalem w regionach power metalu. Najnowsze dokonanie Szwedów razi niedbalstwem artystycznym. Nie można zarzucić niczego produkcji, która minimalnie tuszuje ogromne niedociągnięcia w kwestii samej muzyki. Pierwsze cztery utwory można posłuchać bez większych obiekcji. Ot, niezobowiązujące dźwięki idealne na odreagowanie po ciężkim dniu. I tyle. Melodie, refreny są niesamowicie oczywiste, bo każdy utwór opiera się na schemacie znanym z "Carolus Rex". To nie zarzut, bo takie Bad Religion od 30 lat gra te same akordy. Jednak utwory pokroju "No Bullets Fly" czy "Smoking Snakes" sprawiają wrażenie tworzonych na siłę. Wszystko po to, by jakoś podtrzymać zapotrzebowanie na muzykę Sabatonu. Ciężko nagrać 7 albumów na równym poziomie. "Heroes" zwiastują ogromne zmęczenie materiału, które odbiorcę po prostu razi. Ok, to tylko cztery pierwsze kompozycje, które tworzą jeszcze słuchalną część płyty. Rzadko kiedy rzucam w próżnię podziękowania za ulotność chwil. Przy obcowaniu z kolejnymi utworami, nieraz złapałem się na tym, że autentycznie cieszę się, że materiał trwa jedynie 37 minut. Chciałbym zatrzymać się na dwóch piosenkach Szwedów, które niestety następują po sobie. Chodzi o "To Hell and Back" i "The Ballad of Bull" - dwa utwory definiujące kicz muzyczny. Nie wiem dlaczego te prawie osiem minut znalazło się na "Heroes". Nie wiem dlaczego ktoś narażał słuchacza na przyspieszone bicie serca, które wynikało, tylko i wyłącznie, z pogłębiającej się irytacji. "To Hell and Black" cechuje się wiodącą pracą gitary, która ma coś z nuty folkowej. I to tej najgorszej - knajpianej, która obok folkloru nawet nie stała. Tutaj pobrzmiewają echa twórczości Alestorm. Kolejny utwór to ballada power metalowa. I chyba wolałbym nawet falset i plastikowe miecze. "The Ballad of Bull" brzmi jak parodia własnego stylu. Jakby ktoś usilnie chciał pobawić w Joakima Brodena. Przypuszczam, że wokal miał brzmieć monumentalnie, dobitnie i wzniośle, ale wyszło katastrofalnie. Ujawnia się przy tym brak jakichkolwiek emocji, które mogły się rodzić w procesie tworzenia "Heroes". Album zrobiony na kolanach Szwedów biegających w spodniach moro. Kilka albumów wcześniej można byłoby wyróżnić pracę klawiszy, ale nawet one brzmią na nowej płycie Sabatonu parodystycznie.
Podsumowując, "Heroes" składa się z następujących elementów: znośny początek, dwa koszmarne utwory i końcówka, z której nic nie można zapamiętać. Ot, muzyczne tło do obserwowania pikników militarnych dla przerośniętych chłopców. Mam nadzieję, że sympatyczna ekipa ze Szwecji trochę zwolni tempo sztucznego nakręcania koniunktury na własną muzykę. Nie wypada serwować fanom takich płyt. Nawet w celach prześmiewczo-humorystycznych. Pewnie radykalni fani i tak przyjmą pozytywnie "Heroes", choć dawka tekstowego, jak i muzycznego patosu, może powalić nawet kombatanta na kolana. I to nie w celach dziękczynnych. W celach błagalnych.
Celowo nie wstawiłem linku na YT :)


czwartek, 22 maja 2014

BADBADNOTGOOD - III

Majowe upały w zachodniej Polsce automatycznie kojarzą się z muzyką leniwą, niespieszną, idealną do ocierania zastygłych kropelek potu podczas stania w kolejce do kasy. Na fali entuzjazmu spowodowanego ostatnimi odkryciami muzycznymi (Baths, Amen Dunes, Forest Swords) postanowiłem rozpocząć eksplorację zasobów internetu, by odnaleźć brakujące dźwiękowe elementy. Niestety, moja baza wypadowa, czyli Pitchfork, tym razem mocno zawiodła - zero świeżych dźwięków, rzemieślnicze popłuczyny po hitach ostatnich lat w alternatywnym światku. Ostatnią deską ratunku był nieśmiertelny last.fm. Moja wyobraźnia muzyczna zażyczyła sobie tym razem wariacji na temat muzyki ulicy - tej najbardziej organicznej i industrialnej, czyli pełnej wewnętrznych paradoksów. Po kilkunastu minutach poszukiwań w końcu odszukałem mój raj utracony. Wybór padł na zespół o dziwnej, mocno krzyczącej nazwie - BADBADNOTGOOD. Spodziewałem się stylu wypracowanego poprzez silną inspirację dokonaniami Death Grips bądź Flying Lotus. Czyli hip-hop nieco bardziej kreowany na instrumentalną mozaikę urbanizacyjnych sprzeczności. W tak zwanych międzyczasach poczytałem coś o samym zespole. Trzech studentów z Toronto udało się na pozornie nudne wykłady jazzowe w Humber College. Opętana rytmika połączyła się z szaleńczymi aranżacjami przypominającymi awangardowy hip-hop. Dla fanów eksperymentów nie brzmi to jak oszałamiająca nowość. Ja też pozostawałem sceptyczny. "Ot, kolejny pomniczek wystawiony dla Ellisona" - pomyślałem. Jednak majowe upały pozwoliły na rozkład mojego rozsądku. I chwała im za to. Chwała też chłopakom z BBNG za to, że pod pozorem sztampy kryje się sztuka.
Trzecia płyta w dorobku BBNG została nazwa bardzo prosto - III (poprzednie albumy również nie pozostawały złudzeń, co do chronologii wydawania). Zabieg znany między innymi z polityki Crystal Castles. Nie o tytuły się rozchodzi, a o zawartość. I tutaj plusik na konto ekipy z Kanady. Nie ma silenia się na wymyślne zawijasy językowe. Muzyka sama się broni, nie potrzeba żadnego grama lingwistycznych szarad. Płyta wydana na początku maja tego roku trwa niecałe 49 minut. Odbiorca znajdzie na niej 9 utworów, z czego dwa najdłuższe - "Kaleidoscope" i "CS60" oscylują wokół 7 minut. Pierwszy kawałek zatytułowany "Triangle" dobrze sprawdza się w roli otwieracza. Wszelkie porównania z Flying Lotus bądź Death Grips są bezpodstawne. Ten niezbyt długi utwór przypomina akademicki sprawdzian ze znajomości klasyki jazzowej - typowych harmonii, rytmów i pasaży jest tu całe mnóstwo. Nad całością czuwa duch zgrabnej, delikatnej melodyki, której korzeni należy szukać w chicagowskich klubach. Jednak nie ma tutaj tych prób spajania klasycznego jazzu z klasycznym hip-hopem. Eksperymentów należy szukać dalej. "Can't leave the night" - drugi album reklamuje całą płytę. Czy to słuszny wybór? Jak najbardziej. Wciąż mamy echa młodzieńczej tęsknoty za starym jazzem. Jednak nie jest to ślepa afirmacja bez krzty oryginalności i nowatorstwa. W tle pobrzmiewa pulsujący bas, który jednoznacznie wskazuje poszukiwania muzyczne załogi z Kanady. Silny wpływ na tę kompozycję miał bez wątpienia Flying Lotus. Eteryczność i mrok tworzą zabójczą mieszankę. Jednak warto słuchać dalej. Trzeci utwór to spora niespodzianka (jeżeli o niespodziankach można mówić w przypadku kapeli eksperymentalnej) ze względu na gościnny udział Lelanda Whitty'ego - saksofonisty z Toronto. Rozbudowa praca perkusji prowadzi genialny dialog z szarżującym saksofonem. Utwór wciąż mocno jazzowy, wręcz typowy dla gatunku, jednak w pewnych momentach pobrzmiewają echa nowoczesnej muzyki miasta - pełnej industrialnego szumu. "Kaleidoscope" - największa perła, oszlifowany diament, polisa w dłoniach jubilera. Najdłuższy utwór na płycie z najbardziej poplątaną strukturą. Jest to muzyczne starcie tradycji z anarchizującą nowoczesnością. Każda sekunda tej kompozycji to dźwiękowa polifonia dysonansów, które wspólnie tworzą piękną całość. W okolicach czwartej minuty, możemy rozkoszować się przesterowaną solówką linii basowej. Tutaj też jest słyszalna cecha twórczości BBNG, a mianowicie nad eksperymentami i niecodziennymi spotkaniami dominuje charakterystyczna melodyka przypominająca mieszankę nuty improwizacyjnej z ścieżkami do filmów noir. Po wysłuchaniu tego utworu musiałem chwilkę przystanąć, zaczerpnąć tchu. Nic dziwnego, że nad rozwojem BBNG czuwa niejaki Tyler, the Creator, który znany jest ze swojego zmysłu, jeżeli chodzi odkrywanie istotnych talentów, które rozwijają się z prędkością meteorów, a nie gasną w pobliżu większej sławy. Kolejna kompozycja na III to "Eyes Closed". Tytuł to wskazówka, w jaki sposób należy obcować z tym utworem. Za ścianą zamkniętych powiek roztacza się muzyczna wizja kosmosu, ale nie tego generowanego komputerowego, podobnego do Grawitacji, lecz surowego, przerażającego w swojej amorficzności. Tutaj duży udział ma praca elektroniki, która przypomina o ulicznych inspiracjach. Na upartego można jeszcze powiązać BBNG do francuskich pionierów atmosferycznej elektroniki. Z czterema pozostałymi utworami na płycie mam spory problem. Moim zdaniem, tworzą one zbyt przytłaczający monolit. Powinny zostać przełamane czymś w stylu otwierającego "Triangle". Im bliżej końca płyty, tym zespół bardziej odpływa w nieznane nikomu rejony (no dobra, wyłączając Frippa), których eksploracja przysparza ogromną radość słuchaczowi. Dominują kosmiczne pasaże, zmiany tempa i monumentalna spójność. Warto podkreślić rolę fortepianu w niektórych utworach ("Differently, Still"), który przenosi nas w czasie. Zadymione lokale przepełnione jazzowym ciepłem, który jeszcze jest rozpalany hektolitrami whiskey. Ogromną zaletą muzyki BBNG jest ograniczenie matematyki w kompozycjach. Utwory nie są naszpikowane techniczną wirtuozerią, bo tylko przysłaniałaby ona prawdziwe piękno. Wielkie piękno. Aż żal, że ta płyta się kończy. Człowiek zostaje pozostawiony sam, jedynie ze wspomnieniem tej leniwości i melancholii. Wiele określeń pasuje do nowej płyty BBNG, ale na pewno nie można stwierdzić, że członkowie zespoły archaizują własną muzykę. Dowodem tego jest przedostatni utwór - "Since You Asked Kindly", który jest skutkiem pobrania pierwiastka historycznego i podania go we własny, nowatorski sposób.
Upał wciąż nie daje żyć człowiekowi. Na całe szczęście, można jakoś sobie to wynagrodzić. BBNG swoim nowym albumem potwierdzają wysoko pozycję wśród kapel eksperymentalnych. Kandydat do płyty roku. Życzyć można powodzenia. I kreatywności w wymyślaniu nazw płyt. Oby równie udanych jak III.
Drobne ogłoszenie parafialne: Kochana redakcjo Pitchforka! Nadrabiać zaległości, bo dyskryminowanie BBNG jest wręcz naganne.




Anthony Horowitz - "Dom Jedwabny"

Autor raczej nie jest szerzej znany polskim czytelnikom. Lektura "Domu Jedwabnego" to moja pierwsza styczność z jego prozą. Uwagę przykuwa postać Sherlocka Holmesa. Powieść wpasowuje się w nurt klasycznych kryminałów, których ojcem był Arthur Conan Doyle - ten nieśmiertelny autor zmartwychwstaje w książce Horowitza. Przeszło 300 stron to hołd, ostatnie takty marszu ku pamięci postaci Holmesa - tak bardzo charakterystycznego detektywa, który wrósł na dobre w naszą popkulturę.

Jednak w odniesieniu do "Domu Jedwabnego" pojawia się problem. Jak go ocenić, skoro jest to stylizacja na utwory pióra Doyle'a? Nie ma tu nic odkrywczego, nie powinniśmy się spodziewać czegoś, czego nie znajdziemy u autora "Psa Baskerville'ów". A jak wypadł Horowitz w porównaniu z mistrzem? "Dom Jedwabny" pokazał dwie rzeczy: że nie do końca udało się podrobić styl, pisać identycznie - i że uczeń może dorównać mistrzowi.

Pewnego deszczowego londyńskiego dnia zjawia się pod drzwiami kamienicy Holmesa marszand, który prosi o rozwikłanie tajemnicy. Brzmi znajomo? Oczywiście, bo każda przygoda pary bohaterów zaczyna się niemalże identycznie. Każda strona to ukłon w stronę fanów oryginalnych powieści o detektywie i lekarzu. Horowitz jest pojętym uczniem - pieczołowicie narysował wszystkie szczegóły, drobiazgy, do których mamy sentyment, wspominając nasze pierwsze powieści detektywistyczne. Jak się okazuje, sprawa marszanda Carstairsa to tylko pretekst, by zagłębić się w wir wydarzeń, które na zawsze zmienią świadomość Watsona i Holmesa. Ogromną zaletą jest nieprzewidywalność - magiczne poczucie, że z chaosu i przypadkowych zdarzeń wyrasta podpowiedź, jak rozwikłać kryminalną zagadkę. Narrator zabiera nas w podróż za ocean, na spacer po londyńskiej dzielnicy biedoty, bieg po zaułkach portowego labiryntu. W fabule nie ma przestojów, autor od początku dyktuje szybkie tempo, lecz nie sposób pogubić się w prezentowanych wydarzeniach. Właśnie historia pana Carstairsa, tajemnica "Domu Jedwabnego" oraz ładnie odzwierciedlone realia Anglii epoki wiktoriańskiej to elementy hipnotyzujące czytelnika i niepozwalające tak łatwo odłożyć książki na półkę. Mimo wszystko nie można zapomnieć o kilku kwestiach, które nieco powstrzymują recenzenta od wystawienia najwyższej noty.

Nie przekonuje troska Holmesa o dobro biednych dzieci, które śpią w zaułkach Londynu. Cała metamorfoza spowodowana śmiercią jednego z chłopców na posyłki wydaje się lekko naciągana. Wygląda na zbędną próbę idealizacji detektywa i ukazania go jako filantropa i dobrodusznego obywatela. Taki obraz gryzie się z jego zachowaniem wobec Scotland Yardu, najbliższych współpracowników, przypadkowo napotkanych ludzi związanych ze śledztwem. Traktuje ich z wyższością, z poczuciem własnej nieomylności. W "Domu Jedwabnym" są nawet zdarzenia, które pokazują jego bezwzględność, jeżeli chodzi o udowodnienie jedynej słusznej racji. Czy taki zadufany w sobie pyszałek wykazałby troskę o dzieci, które za jednego szylinga włóczą się po ulicach, pytając o typy spod ciemnej gwiazdy? Niby nie należy spodziewać się w kryminałach dokładnej analizy psychologicznej bohatera, lecz świat przedstawiony powinien trzymać się racjonalnych granic. W takim razie logiczne wydaje się, że Holmes powinien walczyć z myślami, dochodzić do słusznej idei, a to na pewno będzie proces, a nie jednym błyskawicznie dokonanym faktem. Metamorfoza jest mocno nieprzekonująca i burzy cały wizerunek detektywa, który wszyscy przecież pokochali. Kto z nas nie chciałby być inteligentnym dżentelmenem palącym bezkarnie cygara?

Wadą jest też styl narracji prowadzonej przez Watsona. W pierwowzorach powieści o parze tropiącej zagadki wiktoriańskiego Londyn, doktor odgrywał marginalną rolę. W książce Horowitza przeszkadza gloryfikacja Holmesa. Oczywiście, Watson zawsze odnosił się do przyjaciela z szacunkiem, który jednak wzrasta tutaj uznania go za autorytet. Brakuje utarczek słownych, które były ciekawym uzupełnieniem fabuły u Doyle'a. Doktor jest zbyt zapatrzony w wielkiego towarzysza, dlatego podczas śledztwa prowadzonego w pojedynkę wydaje się zagubiony, a jego zachowania - mało autentyczne. Fabuła powieści zahacza o kwestie związane z malarstwem i irlandzką kolonią w Stanach Zjednoczonych. Ubolewam, że te dwa tematy nie zostały rozwinięte albo lepiej dopracowane. Przecież irlandzka wybuchowość, knajpiana kultura, honor i porywczość to dobry materiał, by stworzyć jeszcze bardziej realistyczny świat, niemalże namacalny dla czytelnika.

Podczas lektury trzeba pamiętać, że Anthony Horowitz nie silił się na nowatorstwo. Złożył hołd Sherlockowi Holmesowi. To, co w kryminale najważniejsze, czyli fabuła, napięcie i klimat, stoi na wysokim poziomie. "Dom Jedwabny" to dobra lektura na styczniowe wieczory albo spóźniony prezent na gwiazdkę dla fanów Holmesa.

Mike Resnick - "Na tropie wampira"

Książki możemy traktować jako miłą odskocznię od codziennej rutyny. Często przenikamy przez cienkie strony powieści i całym ciałem uczestniczymy w uczcie słowa. Najlepsza lektura to taka, która pozwala nam usiąść wśród biesiadników i żywo emocjonować się ich rozmowami, przeżyciami, refleksjami. Jednak są książki, które po przeczytaniu ciążą nam w dłoniach, na półce i w świadomości niekoniecznie dobrze zainwestowanego czasu. Jak traktować "Na tropie wampira"? Na pewno nie możemy się spodziewać refleksji na miarę największych tuzów literatury. Nie ta liga, nie ten poziom wagowy. Powieść jest bardzo ograniczona przez ramy konwencji użytej przez autora. Wtórność to najpoważniejszy zarzut. Z drugiej strony, skostniała stylistyka doprowadzona do perfekcji też potrafi zachwycać.

Fabuła jest banalna. Od razu zaznaczę, że historia to tylko pretekst do niekończącej się liczby utarczek słownych pomiędzy bohaterami. A gama postaci jest przebogata - każdy szanujący się czytelnik literatury fantasy rozpozna ikony tego gatunku, przedstawione tu w świeży sposób. Oczywiście, spotykamy na kartach powieści takie osobistości, jak wampir z kompleksem niższości, wiecznie mrucząca kobieta-kot, niespełniony twórca "twardych" kryminałów. Wszystkich łączy osoba detektywa Mallory'ego, który prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa popełnionego przez długowiecznego wampira. Na pierwszy rzut oka nie ma tutaj fabularnych fajerwerków. Brak nagłych zwrotów akcji lub choćby momentów, które przyprawiłyby nas o mocniejsze bicie serca. Jednak możemy przymknąć na to oko, jeżeli przypadnie nam do gustu sposób prowadzenia historii.

"Na tropie wampira" to powieść oparta na dialogu. On właśnie powoduje, że na twarzy czytelnika goszczą jakiekolwiek emocje. Na 400 stronach znajdziemy fragmenty irytujące, nudne, ale także powodujące szczere rozbawienie i skłaniające do zastanowienia nad kolejnym nawiązaniem do popkultury i światka fantasy. Mike Resnick testuje naszą tolerancję - lektura rozmów bohaterów to przeciskanie się przez ogromne pokłady ironii, bezczelności, a czasem i skrajnej głupoty. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Jeżeli lubimy wypowiedzi nasączone sarkazmem bądź często stosujemy taki zabieg w rzeczywistości, z marszu pojmiemy sens tej powieści. Po przeczytaniu kilkunastu rozdziałów (są one dość krótkie) potrafimy odpowiedzieć na pytanie o sens pisania takich książek. Nie znajdujemy tutaj nowatorskich pomysłów, lecz stare, sprawdzone motywy odkrywamy na nowo. Każda postać, która przewija się w powieści, to groteskowe i absurdalne wyśmianie stereotypowych opinii o danym typie bohatera. Jeżeli ktoś interesuje się popkulturą amerykańską, odnajdzie jeszcze więcej odniesień do codziennego życia w mediach. I tutaj zaciera się granica pomiędzy humorystyczną parodią gatunku a prawdziwym kryminałem. W momentach, kiedy akcja powinna nabrać tempa, autor niepotrzebnie zwalnia i przytacza kolejne przekomarzanki detektywa i jego kotki. To jest irytujące i nużące, ponieważ motyw konwersacyjnej licytacji pomiędzy tymi bohaterami wyczerpał się na samym początku.

Po lekturze jesteśmy lekko zmieszani, ale nie wstrząśnięci. A przecież z uniwersum alternatywnego, nieumarłego Manhattanu dałoby się wycisnąć coś więcej. Nie tylko goblinie sklepy obnośne, czekające na każdym rogu, w każdym zaułku... Przedmioty oferowane przez ulicznych sprzedawców czasem powalają pomysłowością i absurdem.

Mike Resnick sprawnym pisarzem jest. Odniosłem wrażenie, że cała ta powieść to swoista gra z czytelnikiem i próba odkurzenia tego skostniałego gatunku, jakim jest powieść fantasy. Na pewno jako odbiorcy nie stoimy na straconej pozycji, bo przecież w każdej chwili możemy odłożyć "Na tropie wampira" i wrócić do czegoś ambitniejszego. Gdy już skończymy czytać niekończące się peany ku chwale samotności i egzystencjalnych rozterek mieszkańców amerykańskich osiedli, z czystym sumieniem możemy wrócić do lektury powieści Mike'a Resnicka. Tylko warto pamiętać, że wampiry w XXI wieku nie gryzą tak mocno i zapamiętale, jak te legendarne transylwańskie czy kultowe twory w rodzaju Nosferatu. Z drugiej strony, nasze poczciwe wampiry nabrały dystansu do siebie i potrafią się śmiać z wizerunku, jaki narzucił naszym pokoleniom pewien pan o nazwisku Stoker.

Reasumując, powieść dobra do pociągu albo do poczytania przed zaśnięciem. Niczego więcej nie powinniśmy się spodziewać, bo czeka nas srogie rozczarowanie. A to przecież boli bardziej, niż przetrwanie nużących momentów w tej książce.

Albert Camus - "Wygnanie i królestwo"

Trudno pisać o książkach, które są tym, czego oczekujemy od literatury. Trudno pisać o artystycznym ideale, który właśnie leży w naszych dłoniach. Tydzień po lekturze - wciąż czuję te subtelne emocje, jakby wyważone w rękach poetyckiego demiurga. Albert Camus niewątpliwie był największą osobliwością sztuki w XX wieku. Dlaczego? Otóż okazał się wirtuozem słowa. Idealnie dobierał styl do jakże trudnych tematów, na które można napisać dziełko nadające się wyłącznie do skrytykowania. Autor "Dżumy" tworzy w zbiorze opowiadań realia do złudzenia przypominające nasze czasy. Jednak pojawia się zasadnicza różnica. Bohaterowie jego nowel to ludzie zamyśleni, świadomi pewnych mechanizmów rządzących światem. Zadają sobie pytania, choć niekoniecznie dostają odpowiedź wprost. Nad twórczością Camusa unosi się mgła tajemnicy, nieodkrytej prawdy, tak bardzo poszukiwanej przez bohaterów. Po przeczytaniu "Wygnania i królestwa" w sercu czytelnika pozostaje żal. Pojawia się także chaos w głowie. Jesteśmy bombardowani myślami, których tematyka nieustannie krąży wokół kwestii człowieczeństwa i poczucia sensu tego humanizmu. Bo dwa ostatnie opowiadania to rozważania na temat bezinteresowności i różnych sposobów niesienia ulgi zniewolonym ciałom, a przede wszystkich umysłom pogrążonym w świadomości utraty wolności.

Zbiór opowiadań rozpoczyna się utworem "Wiarołomna żona". Główna oś fabularna jest trywialna. Mamy do czynienia z historią pary niemłodych już małżonków, którzy zostali wchłonięci przez obcy kraj. Mężczyzna próbuje utrzymać się z handlu, a od partnerki oczekuje towarzystwa - traktuje ją jak żywy talizman, który ma przynieść wytchnienie. Krótkie opowiadanie, a tyle poruszonych tematów. Błaha historia to tylko pretekst do snucia rozważań na temat kondycji człowieka we współczesnym świecie. Albert Camus nie czyni tego dosłownie, ucieka w metafory, personifikacje, porównania. Chce przy tym uniknąć odpowiedzialności za myśli odbiorcy - pragnie wskazać pewne kwestie, a nie nakazać zainteresowanie dogmatami swojej filozofii. W opowiadaniu (jak i w pozostałych z tego zbioru) przewijają się symbole ukazane w rozmyty sposób - nie ma jednej słusznej interpretacji. Geniusz przejawia się w tym, że wszystko jest tak ułożone, aby uniknąć nadinterpretacji - bolączki współczesnych twórców. Najczęstsze motywy to noc, kamień, pustynia. Trzy słowa potęgujące samotność człowieka w obcym mieście lub grupie społecznej. Bohaterowie wydają się marzycielami, którzy śnią o lepszej rzeczywistości. Są przerażająco świadomi kruchości i niestabilności życia. Jednak nie uciekają w gorączkowe próby zmiany tego położenia. Nie rzucają się w konwulsjach, borykając się z majestatem reguł, które nieodparcie popędzają świat do przodu. Ich psychika to pole bitwy, gdzie ścierają się różne idee. Najczęściej nie dochodzi do realizacji żadnych zamierzeń. "Wiarołomna żona" kończy się właśnie w taki sposób - akceptacją istniejącego stanu.
Warto odnaleźć znaczenie tytułu zbioru. Jesteśmy wygnańcami czy królami? Można dojść do wniosku, że nasze życie to królestwo absurdu, który możemy kontrolować, a próby zmiany kończą się różnie. Autor uniwersalnie podchodzi do tematu - zauważa, że egzystencja to nie tylko ostatnie godziny, ale także odwieczne pielgrzymowanie, doglądanie własnego królestwa. My - jako władcy - możemy rządzić nim, choć z całą pewnością na naszych twarzach odmaluje się zdziwienie, przerażenie, zaskoczenie. Nie mamy pojęcia, co czeka nas na pustyni życia. Czy jesteśmy sami na świecie? Nasze królestwo jest dziwne, bo rządzimy nie "rzędem dusz", lecz jedynie własnym ciałem. To nie jest równoznaczne z samotnością, spacerując po ziemi możemy spotkać innych wędrowców dźwigających swoje królestwa. Jednak nie powinniśmy liczyć na ich bezinteresowność i altruizm, bo przecież pierwszorzędnym celem każdego jest zapewnienie dobrobytu we własnym królestwie.

"Niemi" to poruszające opowiadanie o zbiorowej bezradności. W tym przypadku mamy przyjemność obcowania z wielką literaturą. Mistrzostwem jest zmieszczenie tylu emocji, wewnętrznego napięcia, tragicznego bezruchu bohaterów, na niewielu stronach. Główny bohater to robotnik. Jego życie jest szare, nie odbiega od ówczesnych standardów. Wszystkie potrzeby pierwszego stopnia są zaspokajane, lecz dominuje tęsknota za morzem. Co może oznaczać bezkres akwenu? To, czego brakuje osobom pochłoniętych zwykłą prozą życia; a więc woda to oczyszczenie z codzienności. Na przeszkodzie stoi postępująca starość, która objawia się nieznośnymi bólami pleców. Camus lekko, delikatnie porusza tematykę solidarności w pracy. Robotnicy uczestniczą w milczącym strajku wywołanym brakiem odzewu na postępujący kryzys w branży bednarskiej. Wymierający zawód. Pisarz zwraca uwagę, że wraz z zanikaniem miejsc pracy, ulatnia się człowiek. Człowiek odarty z owocnej, niekiedy przyjemnej schematyczności staje się jedynie wrakiem, który nie może odbić od brzegu, by poddać się nieznanym falom. Bohaterowie noweli wykazują się konsekwencją w działaniu, którą można podziwiać. Współcześnie brakuje nam motywacji do realizacji i kontynuowania podjętych procesów. Jednak u Camusa postaci są pod ścianą; krąży nad ich głowami czarny kruk zwiastujący nędzę. W takim przypadku dążenie do poprawy bytu wydaje się czymś naturalnym - pierwotnym odruchem człowieczym. Zarówno tematyka, jak i pieczołowicie odwzorowane realia portowego miasta to odbicie wzmożonej aktywności socjalistów w kręgach intelektualistów francuskich.

"Jonas albo artysta przy pracy" zaskakuje zmianą stylu. Miejscami pojawiają się elementy groteski lub farsy. Efekt jest następujący - autor odzwierciedla w ten sposób chaos w psychologicznym wizerunku artysty. Jego osoba może śmieszyć, jednak pokazuje, jak bardzo jest nam potrzebny cel w życiu. Pseudoartystyczne bohomazy można interpretować jako pole samorealizacji. Problematyką utworu jest zatarcie granicy pomiędzy duchowym zapałem a przyziemnymi sprawami w rodzaju mieszkania, dzieci, żony. Jonas musi wybrać pomiędzy życiem w spokoju z samym sobą a życiem w harmonii z najbliższym otoczeniem, od którego nie można po prostu się odciąć, a po jakimś czasie wrócić, przepraszając za duchową nieobecność. Arcyważne jest pytanie, które wieńczy opowiadanie - po kilku perturbacjach malarz musi odpowiedzieć na pytanie, które zadał sam sobie w głębi duszy: samotność czy solidarność? Albert Camus nie usprawiedliwia nikogo, nie ocenia żadnego bohatera. Jest pisarzem, a dzięki literaturze chce plastycznie uzmysłowić nam, czytelnikom, że żyjemy, nieustannie wybierając. Możemy umrzeć, próbując nasycić się wszystkim, co oferuje nam świat. Egzystencja jest pełna paradoksów. Objawia się to chociażby w chęci czytania - autor błyskotliwie zauważa, że im mniej się czyta, tym więcej kupuje się książek. Jest to trafna obserwacja, a jak pokazują dzisiejsze czasy, także i uniwersalna.

"Wygnanie i królestwo" zawiera jeszcze dwa opowiadania, które celowo ominąłem, bo są uzupełnieniem omówionych. Albert Camus konsekwentnie prowadzi z czytelnikiem swoistą grę - nie od razu odkrywa swoje karty, choć odbiorca jest świadomy atutów pisarza. W magiczny sposób zostajemy wprowadzeni w wir pytań i po kilkugodzinnej szamotaninie w odmętach, lądujemy gdzieś na lądzie. Jednak nie będzie to samo życie. Autor aplikuje nam świadomość - cenną rzecz, która pozwala pytać i szukać odpowiedzi.


Pierre Choderlos de Laclos - "Niebezpieczne związki"

Z całą pewnością każdy ma książkę, która z różnych względów mocno zapadła mu w pamięć. Wszystko zależy od naszej wrażliwości na operowanie słowem. Każdego porusza inna z kwestii podejmowanych przez literatów. Warto się zastanowić, co w naszym życiu jest główną siłą popychającą do działania i realizowania marzeń, założeń, spełnienia ambicji. Pytania uniwersalne - cyklicznie dręczą one osoby myślące, otwarte na dyskusje. Wśród tematów często pojawia się miłość - jako stan ducha, zakochanie się - jako proces, zemsta - jako panaceum na krzywdy. Cofnijmy się chronologicznie. Wskazówka w wehikule czasu wskazuje XVIII wiek. Pierwsze skojarzenia z tym okresem możemy wymienić jednym tchem: rewolucja, arystokracja, zepsucie... Czy powinniśmy powielać te stereotypy? Czy powinniśmy uznać je za słuszne? I jaka w tym wszystkim jest rola miłości?

Z całą pewnością zgodnym chórem jesteśmy w stanie powtórzyć tezę o subiektywizmie uczuć i ich różnym interpretowaniu. Pierre Choderlos de Laclos i jego biografia może służyć za wyznacznik słuszności tych wszystkich anegdot. Człowiek wyjęty z sztywnych ram życia prowincjonalnego nie potrafiłby stworzyć epistolarnego eposu ku chwale wszystkich słabości i pejoratywnych cech charakteru arystokratów. Jednak nie jest to powieść dla osób mających styczność z wysokimi sferami na co dzień. Podobne wnioski z zakończenia powieści może wyciągnąć współczesny bibliofil, jak i XVIII-wieczny człowiek wyznający kult rozumu. Książka jest skierowana do wszystkich czytelników. niezależnie od ich majątku lub obycia salonowego. Muszą spełniać tylko jeden warunek - żywo interesować się ludzką psychiką i jej zawiłością. Każdy list bohaterów ma funkcję psychologiczną; każdy wers to pokaźny ładunek emocjonalny. Krytycy zauważą pewną dozę ekshibicjonizmu uczuciowego, tak bardzo charakterystycznego dla całego społeczeństwa epok napoleońskiej i rewolucyjnej. Przecież te czasy to swoisty raj dla libertynów. Francja jawi się jako stolica rozwiązłości i braku jakiekolwiek szacunku dla osoby bliźniego. Ktoś przecząco pokręci w tym momencie głową, ale nie da się ukryć, że autor aktywnie uczestniczył w życiu towarzyskim Paryża i innych ówczesnych metropolii.

Postaci w "Niebezpiecznych związkach" są żywymi organizmami, nie widzimy znamion sztuczności w kreacji bohaterów - to oczywiście plus. Jednak warto zauważyć, że ubogo została potraktowana ich powierzchowność i fizjonomie. Są one opisywane jedynie wtedy, gdy wiążą się z emocjami. Stąd tak często mowa o bladości, rumieńcach, drżeniu lub chudości ramion. Głównym tematem opisów towarzyszących listom są uczucia, wahania bohaterów, charaktery i ich słabostki. Brak tutaj ogólników, autor nie zalewa nas potokiem truizmów, które możemy spotkać w innych utworach literackich. Atrakcją dla czytelnika są głębokie analizy emocji - nie zostały one wykonane w sposób fachowy, wyjęty z podręczników do psychologii albo filozofii. Liczne porównania do materialnych przedmiotów, sił natury lub rzeczy otaczających nas w powszedni dzień mają pomóc w zrozumieniu i poznaniu prawdziwych nastrojów bohaterów. Te wahania humorów niezwykle trudno uchwycić w jednym, dwóch zdaniach, co jest powodem zawiłości opisów, niemalże nieskończonej liczby przykładów lub odniesień do znanych powszechnie zasad. Każda postać jest ciekawie skonstruowana. Nie ma jasnego podziału na pierwszy i drugi plan. Wszyscy wnoszą istotne elementy popychające fabułę do przodu. Oczywiście, każdy czytelnik inaczej oceni zachowanie markizy lub hrabiego, co nie zmienia faktu, że ich osoby mocno oddziałują na naszą psychikę - zaczynamy "żyć lekturą". Nawet tak drobiazgowe kwestie, jak cytowane przez bohaterów wycinki prac Fontaine'a, wzbudzają poczucie autentyzmu opisywanych wydarzeń.

Kilka miesięcy po oficjalnym wydaniu, książka została ochrzczona mianem demoralizującej i niszczącej dobre obyczaje. Moim zdaniem, takie wyostrzenie cenzury to czysta hipokryzja, ponieważ są niezbite, historycznie udokumentowane dowody, że powszechna rozwiązłość i spychanie moralności na drugi, a nawet trzeci plan to fakt i niejako główna cecha tej epoki. Co takiego Laclos chce nam przekazać, że niektórzy czytelnicy okrzyknęli jego powieść "prawdziwym wyzwoleniem" lub czynnikiem wzbudzającym oburzenie i prowokującym do skandali w wyższych sferach? Miłość jest różnie umotywowana. Często stanowi tylko pretekst do wykorzystania; jest niejako obdarta ze znamion duchowości. Najważniejsza cecha pozwalająca odnaleźć słuszną ścieżkę w tym labiryncie moralnym, to wręcz niewyobrażalny spryt, przebiegłość. Bohaterowie są silnie zapatrzeni w siebie - potrafią nazwać grono najbliższych przyjaciół widownią przedstawienia teatralnego, jakim jest związek dwóch osób. Książka jest brutalna w swojej bezkompromisowości. Autor nie daje nam nadziei, że może gdzieś, setki kilometrów dalej, jest miejsce, w którym spełniają się marzenia o idealnym partnerze. Ważnym elementem pomagającym w opanowaniu reguł panujących w sferze arystokratycznej jest sztuczność i powściągliwość. Najgorszą rzeczą okazuje się niekontrolowany przypływ wrażliwości bądź niespodziewana ekstaza spowodowana najmniejszą błahostką. Dzielenie się emocjami w mgnieniu oka zostanie wykorzystane przez kochanków i adoratorów. To i tak pozytywny wariant, bo tacy puści duchowo ludzie są w stanie stworzyć iluzję miłości i wzajemnego oddania. Negatywna wersja wydarzeń to oczywiście ta, gdzie jesteśmy otoczeni przez wrogów czyhających na najmniejsze nasze potknięcie lub dwuznaczne zachowanie, które potem zostanie przez rywala zinterpretowane z korzyścią dla niego. Bolesne wydaje się także to, że bohaterowie nie widzą popełnianych błędów - są pewni swojej nieomylności i automatycznie usprawiedliwiają fakt podejmowania decyzji za kogoś.

Warto przystanąć przy temacie listów. Dlaczego właśnie ta forma komunikacji? Markiza wspomina, że sztuka pisania to podstawa uwodzenia. Najbardziej tajemnicze jest to, co umieszczono między wierszami. Z drugiej strony, forma pisemna ułatwia rozmowę o trudnych i krępujących sprawach. Z całą pewnością kartka papieru i pióro prędzej pomogą w zwierzaniu się, niż zaszkodzą. Jednak nie zawsze sprawdza się to w praktyce. Brak poczucia moralności bohaterów doprowadza do tego, że tajemnice i poufne wiadomości są praktycznie na biurku każdej szanującej się osoby. Kłóci się to z pragnieniem zaufania i wrodzonej niewinności, a co za tym idzie - także naiwności.

Dzieciństwo i beztroska młodość kończą się dla Cecylii wraz z pojawieniem się uroczego Danceny'ego. Jednak pośredni sprawcy tragedii, która ma epicentrum w końcówce utworu, to para wysoko postawionych ludzi: wicehrabia Valmont i markiza Marteuil. Oboje pragną wolności, ale ich wzajemne relacje opierają się na toksycznym uzależnieniu i niemożności trzeźwego osądu sytuacji. Markiza w wyrafinowany sposób uwodzi kolejnych kawalerów, co można traktować jako pokazanie dominacji nad wicehrabią, który nie pozostaje jej dłużny. Właśnie ten związek ograniczony dystansem jest kanwą całego utworu - to on przyćmiewa pozostałe relacje. Co jest w nim takiego niezwykłego? Kilka rzeczy, do których należą między innymi: wyczuwalny erotyzm, pozorna nienawiść, która ma wzbudzić wyłącznie zainteresowanie, relacja opierająca się na schemacie uczeń - mistrz. Listy markizy to uczta dla językoznawców. Niektóre zdania są podszyte wzorową ironią. Mało zauważalną częścią tej wielkiej intrygi jest rola pani Rosemonde. Jej doświadczenie, dystans do sytuacji potęgują wrażenie, że staruszka jest umierającą przystanią starych obyczajów. Idzie nowe, kończy się stare.

Zamykam książkę. Przewrócone setki kartek silnie wbiły mi się w pamięć. Nie ma takiej drugiej książki. Nikt jeszcze tak umiejętnie nie połączył fabularności z psychologiczną analizą naszych związków. Piszę "naszych" dlatego, że XXI wiek także jest zagrożeniem dla obyczajów i moralności. Mamy więcej sposobności po temu, by nie przestrzegać wierności i obietnic.
"Niebezpieczne związki" to ważna powieść dla przyszłych twórców. Motyw miłości jako destrukcyjnej siły jest w niej tak bardzo znaczący dla kontekstu całości. Dzieło Laclosa to XVIII-wieczny almanach złożoności relacji i amorficznej istoty miłości.


Jean-Paul Sartre - "Mur"

Francja. Rok 1939. Wychodzi niepozorny zbiór opowiadań. Pięć krótkich, zwięzłych aktów ludzkiego życia. Tytuł: "Mur". Słowo widniejące na okładce oplata czytelnika symboliką, lecz można je też odczytać dosłownie - jako zlepek kilku cegieł porośnięty mchem i brudem. Jean-Paul Sartre kojarzy się przede wszystkim z filozofią. Czy jego styl literacki jest odzwierciedleniem poglądów? Czy sprawdza się dobrze na obu płaszczyznach? Aby w pełni zrozumieć przesłanie tego zbioru opowiadań, nie trzeba wgłębiać się w jego poprzednie dzieła lub publikowane traktaty filozoficzne. Czytelnik po każdym kolejnym akcie tej podróży po francuskiej (wyjątek stanowi opowiadanie tytułowe, gdzie akcja dzieje się w Hiszpanii) metropolii jest atakowany pytaniami. Odpowiedzi znajdują się na końcu książki, po ostatnim słowie piątego opowiadania.

Jaka jest tematyka "Muru"? Na pewno na pierwszy plan wysuwa się myśl, że fabuła nie stanowi najważniejszego elementu tych opowiadań. Jej zadanie kończy się na przedstawieniu absurdalności ludzkiego życia. Wszystkie wątki potwierdzają, jak znaczącą rolę odgrywa przypadek. Pierwsze, tytułowe opowiadanie to swoista esencja filozofii egzystencjalistów. Warto podkreślić nieszablonowość języka, który mimo swojej szorstkości (wszak bohaterowie nie należą do elity intelektualnej kraju) w wyjątkowy sposób obrazuje emocje, złożone motywy postępowania, a także zbliża się do poetyki typowej dla Francji - niekiedy obrazoburczej, ale zawsze nieziemsko hipnotyzującej. Przerażający jest fakt, że na około 30 stronach można podsumować ludzkie życie. Pominąwszy wszystkie elementy opisowe, fabularne, sens ludzkiego żywota i jego absurdów można przedstawić za pomocą kilku zdań złożonych. Autor bez skrupułów obnaża nielogiczność świata i reguł rządzących życiem.

Plusem jest to, że akcja wszystkich pięciu opowiadań rozgrywa się w mieście. Niektóre nazwy ulic, deptaków powtarzają się, co wytwarza iluzję konceptualizmu i uniwersalności. Przecież bohaterowie nie zostali wyrwani ze sztywnych ram wysokich sfer, tylko są przejmująco zwykli, ot, szare mieszczaństwo. To wszystko ma pomóc czytelnikowi przeniknąć w ich świat, poczuć, że bohaterowie są ludźmi z krwi i z kości. Oczywiście, ważne jest, jak autor konstruuje kolejne złożone charaktery i ich tragiczne losy. No właśnie - tragizm. Łatwo się domyślić, że nie ma tutaj stereotypowego tragizmu postaci wziętego z dramatów Sofoklesa czy Eurypidesa. Sartre pokazuje człowieka słabego, który w punkcie zwrotnym swojego życia nie potrafi się zdecydować, czy pójść na przód, czy jednak zawrócić. Dlatego częste są wahania emocjonalne lub chaotyczne rozumowanie. Synteza pięciu opowiadań daje efekt analizy niekoniecznie optymistycznej kondycji ludzkiej egzystencji. W ostatnim, najdłuższym opowiadaniu, "Dzieciństwo wodza", autor subtelnie przedstawia swoje dogmaty filozoficzne: począwszy od spraw dotyczących ludzkiej moralności, a kończąc na krytyce Freuda. Właśnie tutaj możemy w pełni podziwiać język Sartre'a, który sprawnie balansuje na krawędzi infantylności, umiejętnie ociera się o styl naturalistyczny, pozbawiony najmniejszych znamion poetyckości. Co ciekawe, Sartre rzadko operuje sentencjami, w przeciwieństwie choćby do Alberta Camusa. Jednak myśli, które przemyca, bezpośrednio oddziałują na naszą wyobraźnię. Warto zapamiętać, że pytanie o byt i sens istnienia jest stanem ducha - to jeden z najważniejszych poglądów francuskiego pisarza. Słowem spajającym wszystkie teksty jest oczywiście tytułowy mur. W "Pokoju" i "Intymności" to ściana pozwalająca na odizolowanie się od chorego męża lub własnej cielesności. W tytułowym opowiadaniu motyw muru jest bardzo znaczący: prowokuje bohatera do przemyśleń nad marnością własnego życia w obliczu śmiertelnego zagrożenia. W "Dzieciństwo wodza" mur jest granicą wyznaczoną przez rodziców małemu dziecku. Oczywiście bohater przekracza ją, co zmienia go nie do poznania. Warto jeszcze poszerzyć wątek wspomnianej cielesności. Kobieta została ukazana jako istota złożona, niekoniecznie wiecznie poddana mężowi i odepchnięta w jego cień. Lulu (bohaterka "Intymności") nienawidzi swojego partnera, jednak jest na tyle do niego przywiązana, że nie potrafi go zostawić, choćby miała za to płacić własnym cierpieniem. Jej refleksje na temat fizyczności są bardzo plastyczne i dość zaskakujące. Jean-Paul Sartre bagatelizuje rolę Boga, bohaterowie opowiadań są do bólu świeccy, nie mają sił ani chęci, by toczyć polemikę z Bogiem. Więzień odrzuca propozycję spowiedzi, a młody syn właściciela fabryki toczy z istotą boską coś na kształt gry.
"Mur" to bez wątpienia dzieło trudne w odbiorze. Nie można go przeczytać dla wartości estetycznych, bo praktycznie ich nie ma. Na pewno lektura tego krótkiego dzieła mocno na nas wpłynie. Pytania, na które autor próbuje odpowiedzieć, dotyczą każdego, bez względu na pozycję i wiek. Zbiór opowiadań napisanych przez Francuza idealnie wyznacza kierunek rozwoju egzystencjalizmu, czego dowodem są kolejne literackie zmagania z ludzkim absurdem.