czwartek, 29 maja 2014

Ballada o romantyczności 2.0 - "Her" - recenzja

O "Her" było głośno niemal przez cały rok. Polska premiera odbyła się w Walentynki tego roku. To powiązanie idealnie uwypukla profil filmu. Jest to romantyczna opowieść dla wrażliwych. Czy dla par i wszystkich zakochanych? Niekoniecznie.
Głównym bohaterem jest Theodore Twombly (Joaquin Phoenix) - samotny pisarz dorabiający w korporacji produkującej seryjnie listy. To on, w imieniu wszystkich nieśmiałych osób, próbuje wyznać miłość, przeprosić lub prosić o drugą szansę anonimowych adresatów. Całkowicie przy tym zatraca siebie, ponieważ w pisanie tych emocjonalnych wyznań angażuje całą swoją wyobraźnię, pobudzając wszystkie zmysły odpowiedzialne za uczucia. Jednak ta niezwykle empatyczna praca kontrastuje się z prywatnym życiem Theodore'a. Jego egzystencja opiera się alienacji, opuszczeniu, nieustającej grze pozorów. Relacje interpersonalne zamykają się w kręgu kilku zaklęć, które w teorii mają zapewnić otrzymanie świętego spokoju: "u mnie wszystko w porządku", "jest naprawdę ok", "trzymaj się, na pewno oddzwonię". Samotny pisarz buduje wysoki mur oddzielający go od rzeczywistości. Nie pragnie integracji ze światem, który cechuje się automatyzmem, schematyzmem, niewrażliwością. Spike Jonze kreuje reżyserską wizję uniwersum, która faktycznie przypomina dystopię. Wewnętrznie spójny wizerunek przyszłości nie jawi się interesująco dla osób pokroju Twombly'ego - persony o skłonnościach ulegania melancholii, pragnieniom eskapizmu. Reżyser stworzył przerażające uniwersum, które wydaje się uzasadnionym następstwem aktualnej sytuacji społeczeństw masowych. 
Odpowiedzią Theodore'a na dręczącą samotność jest akt zakupu najnowszej nowinki technologicznej - systemu operacyjnego, który został zaprojektowany po to, by posłusznie spełnić wszystkie pragnienia użytkownika. Oczywiście, autorzy tego systemu nie przypuszczali, że ktoś będzie w stanie zakochać się w głosie systemu operacyjnego. Niepoprawna miłość jest naturalną konsekwencją fascynacji Theodore'a nowym oprogramowaniem. A konkretniej rzecz ujmując, samym kobiecym głosem. Twombly nie potrafi się oprzeć zmysłowości, ezoteryczności dźwięku mowy syntezatora w systemie operacyjnym. Ta diabelsko przekonująca wizja to zasługa Scarlett Johansson, która użyczyła swoich strun głosowych sztucznej inteligencji, która podaje się za Samanthę. Przez ponad dwie godziny widz obcuje z niesamowitym popisem aktorstwa dwóch osób: Phoenixa i Johansson. Para ta stworzyła filmowy duet na miarę postaci z obrazu Arthura Penna - "Bonnie i Clyde". Z tą różnicą, że Jonze nie sili się na archaizację uczucia rodzącego się pomiędzy Samanthą a dorosłym mężczyzną. Wszystko jest podane w sposób wytrawny: brak oczywistego sentymentalizmu i dydaktyzmu. Nad emocjami bohaterów ciąży przeznaczenie nieuchronnej klęski, nad którym ciąży chłodny obiektywizm reżysera. Nikt nie próbuje pouczać. "Her" nie należy do grupy filmów piętnujących dane zjawisko. Oczywiście, wykreowana wizja nie jest optymistyczna. Najważniejszym zadaniem przy próbie opowiadania historii dwojga głównych bohaterów była wstrzemięźliwość w operowaniu łatwymi emocjami, które automatycznie kupi odbiorca. Reżyserowi (będącym autorem także scenariusza) ta sztuka się udała. 
Cały obraz utrzymany jest w pastelowych barwach - nie ma tutaj ponuractwa. Bohater, miasto, jak i całe otoczenie, jest poddany zabiegowi uniwersalizacji. Każda aglomeracja może stać się miejscem rozgrywania podobnego dramatu - konfliktu człowieczych potrzeb bliskości z postępującą komputeryzacją prywatnych sfer życia ludzkiego. "Her" to dwugodzinne starcie ginącego powoli romantyzmu, którego przedstawicielem jest właśnie postać grana przez Phoenixa, z cybernetyką, której granice z rzeczywistością uległy błyskawicznemu rozmyciu. Dla dwójki bohaterów (Theodore i jego przyjaciółka - Amy) cyberprzestrzeń jest dosłownie wszystkim. To tam są ulokowane ujścia ich ambicji, samorealizacji, marzeń, szczęścia, wreszcie miłości. Para przyjaciół tworzą postaci, które bardzo dobrze znamy ze swoich doświadczeń. Przecież każdy ma neurotycznego znajomego, który nieśmiało odpowiada na pytania dotyczące uczuć. Znajomego, który spędza każdą sekundę podłączony słuchawką i mikrofonem do bram prowadzących do lepszego, szczęśliwszego świata. 
Spike Jonze stworzył filmowy epos utrzymany w jasnej, niemal pastelowej tonacji, bez ciemnych mroków dydaktyzmy i naiwnego moralizatorstwa. Każda postać w filmie nie posiada cech manichejskich. Jest to subtelny dramat rozgrywający się na płaszczyźnie bardzo osobistych relacji. W efekcie widz otrzymał ponad dwugodzinny obraz, który nie ucieka w hermetyczną sztampę, nie piętnuje zaprezentowanych zjawisk, a jedynie z kronikarskim zapałem relacjonuje naturalne następstwa aktualnych wydarzeń. 




3 komentarze:

  1. A to w ogóle było w Gorzowie? Chyba tylko w kinie konesera... Kurczę, trzeba będzie pobawić się w pirata i w końcu to obejrzeć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w kinie konesera jedynie :/

      Usuń
    2. Słabo, bardzo słabo. Ale i tak idealnym walentynkowym filmem dla mnie była "Lego Przygoda" :D

      Usuń